A Travellerspoint blog

Milford Sound

Fiordy i las deszczowy w słońcu

sunny 25 °C

Po regionie Canterbury pojechaliśmy na południowo-zachodni kraniec południowej wyspy, do krainy fiordów.


W drodze z krainy Mackenzie do krainy fiordów mijaliśmy zmieniające się pejzaże. Krajobraz środkowej części południowej wyspy momentami przypominał belgijskie Ardeny, jednak częściej wysuszone przestrzenie Kastylii. W okolicy Queenstown zaczęło się robić bardziej zielono. Mieliśmy wrażenie mijać to podalpejskie regiony Austrii czy Szwajcarii, to wzgórza Irlandii.
01_P2150848.jpg
Drogi krajowe, którymi jeździliśmy, były jednopasmowe i kręte ale z dobrą nawierzchnią i oznakowaniem. Mimo ruchu lewostronnego, oznaczenia dopuszczalnych prędkości czy odległości podane były w kilometrach, a nie milach. Przed każdym zakrętem zazwyczaj stał znak sugerujący prędkość skrętu. W dodatku, poza największymi miejscowościami, ruch samochodowy na południowej wyspie był niewielki.
02_P2150831.jpg
Ze względu na bogatą ofertę noclegową zatrzymaliśmy się w Te Anau, miejscowości leżącej nad jeziorem o tej samej nazwie. Noclegu bliżej fiordu Milford Sound nie znaleźliśmy: za rezerwację zabraliśmy się z dwudniowym wyprzedzeniem i było już za późno. W drodze z Te Anau do Milford Sound można też było spać na polu namiotowym, ale nie zdecydowaliśmy się na to, bo nie mieliśmy ciepłych śpiworów.
03_P2150838.jpg
Nazajutrz po przyjeździe do Te Anau wybraliśmy się w kierunku fiordu Milford Sound, do przełęczy The Divide, gdzie można zacząć albo ukończyć trzydniowy trek Routeburn Track. My zdecydowaliśmy się wejść tylko na najbliższy szczyt Key Summit, z którego roztaczał się piękny widok na okoliczne góry i doliny.
04_P2160902.jpg
Mieliśmy szczęście do pogody: trafiliśmy na praktycznie bezchmurne niebo.
05_P2160910.jpg
Kolejne noce w Te Anau spaliśmy pod miastem w pensjonacie Barnyard Backpackers. Do dyspozycji mieliśmy domek z widokiem na dolinę, w której pasły się konie, krowy, owce, lamy i jelenie hodowlane.
90_06_P2160933.jpg
Recepcja, kuchnia, jadalnia, pralnia i stół do bilarda znajdowały się w głównym budynku, kilkadziesiąt metrów w górę łąki.
07_P2160937.jpg
W piątek zerwaliśmy się przed piątą rano, żeby pojechać do fiordu Milford Sound. Zależało nam na porannym, mniej obleganym przez turystów, rejsie po fiordzie. Mieliśmy 130 kilometrów drogi w jedną stronę, więc dzień wcześniej zatankowaliśmy do pełna w Te Anau. Słońce wstawało dopiero kilka minut po siódmej (zachodziło po 21-szej), i o piątej mogliśmy jeszcze obserwować pięknie rozgwieżdżone niebo. Niewielkie zanieczyszczenie światłem sprzyja dobrej widoczności gwiazd.

Droga do Milford Sound wiodła wpierw wzdłuż jeziora Te Anau. Już w drodze, przez jezdnię przebiegł nam torbacz wielkości borsuka (prawdopodobnie tzw. kitanka lisia czy lis workowaty, w Nowej Zelandii gatunek inwazyjny). Niespieszne tempo, z jakim przeczłapał przed maską samochodu, wyjaśniło nam dlaczego przez ostatnie dni widzieliśmy na poboczach dróg tyle rozjechanych kitanek. Jednak ten gatunek, jak i wiele innych, został do Nowej Zelandii wprowadzony przez człowieka i zakłóca tutejszą równowagę ekologiczną. Zanim człowiek postawił tu swoją stopę, Nową Zelandię zamieszkiwały ogromne nieloty, nawet dwukrotnie cięższe od strusia, natomiast nie było tu ssaków lądowych, poza dwoma gatunkami nietoperza.
09_P2171046.jpg
Dalej jechaliśmy płaską doliną Eglinton otoczoną stromymi górami.
10_P2150854.jpg
Później wjechaliśmy w gęsty las bukowy (nowozelandzkie odmiany buka to dalecy kuzyni europejskiej buczyny), a po przekroczeniu przełęczy The Divide minęliśmy punkty widokowe zawieszone nad zalesioną doliną Hollyford.
11_P2171043.jpg
Droga zaczęła piąć się ostro pod górę, aż do tunelu Homer położonego ponad 900 metrów n.p.m, po przekroczeniu którego zjeżdżaliśmy w dół aż do fiordu. Przejeżdżaliśmy nad huczącymi strumieniami: zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii zbiera kilka metrów opadów rocznie.
90_12_P2161039.jpg12_P2161035.jpg
Nad samym fiordem rósł gęsty deszczowy las, pełen paproci i egzotycznych drzew pokrytych grubą warstwą mchu.
90_13_P2161019.jpg
Po fiordzie płynęliśmy z niskobudżetową firmą Jucy dwupiętrowym statkiem z otwartym dachem na najwyższym piętrze pokładu.
14_P2160972.jpg
Kapitan statku przez system nagłośnieniowy opowiadał o mijanych atrakcjach i sypał żarcikami. Podpływaliśmy do spadających do fiordu wodospadów czy skał, na których wypoczywały foki.
15_P2161017.jpg
Mieliśmy szczęście nie tylko do pogody, bo do z naszym wycieczkowcem zaczęły się ścigać delfiny. Gracja, z jaką płynęły wyskakując od czasu do czasu nad lustro wody, była urzekająca.
16_P2160989.jpg
Z Milford Sound wróciliśmy do Te Anau tą samą trasą co rano, tyle że Dawid na chwilkę zatrzymał się w Peru.
17_P2160931.jpg

Posted by Jakub W 01:18 Archived in New Zealand Comments (0)

Region Canterbury w Nowej Zelandii

Suche góry i turkusowe jeziora

semi-overcast 20 °C

W Christchurch wypożyczyliśmy samochód, którym planowaliśmy przejechać Nową Zelandię. Zaczęliśmy od środkowej części południowej wyspy.


Wypożyczony samochód miał automatyczną skrzynię biegów, do tego trzeba go było prowadzić po lewej stronie, ale Dawid dobrze sobie radził.
P2110536.jpg
Wpierw ruszyliśmy na Półwysep Banksa (Banks Peninsula): wzgórza pozostawione po erupcjach wulkanicznych sprzed kilku milionów lat. Patrząc na mapę, półwysep wygląda jak okrąg, w który promieniście wcinają się morskie zatoki. Atrakcją półwyspu jest prowadząca po szczycie droga, z której obu stron roztacza się widok na doliny schodzące do zatok. Na szczycie wiało jak diabli.
P2120632.jpg
Spaliśmy w dolinie Okains Bay, w pensjonacie Double Dutch prowadzonym przez małżeństwo Holendrów: Tinker i Willema. Po 17 latach prowadzenia pensjonatu mieli miesiąc później wracać do Europy. Widok na ogród z przestronnych kuchennych okien, nieskazitelna czystość i spokój (poza nami była tylko czwórka gości) czyniły pensjonat idealnym miejscem do wypoczynku po zmianie strefy czasowej i długiej podróży. Nocleg zarezerwowaliśmy w stowarzyszeniu BBH oferującym zakwaterowanie dla turystów z plecakami.
P2120607.jpgP2110545.jpg
W pensjonacie poznaliśmy Tzuff i Roni, dwie turystki z Izraela, które po ponad dwóch miesiącach miały opuszczać Nową Zelandię. Podzieliły się z nami wartościowymi informacjami co warto zobaczyć.
P2120626.jpg
Okains Bay leżało nad morzem. Pierwszego poranka wybraliśmy się na spacer wzdłuż estuarium lokalnego potoku, którego błotniste podłoże odsłoniło się w trakcie odpływu.
90_P2110551.jpg
Dalej przez buropiaszczystą plażę doszliśmy do parkingu i skręciliśmy w wiodącą pod górę drogę gruntową, z której po pewnym czasie zaczęły się roztaczać piękne widoki na morze i trzy plaże: Okains Bay, Little Okains Bay oraz Little Bay.
large_P2120575.jpg
Dni w Nowej Zelandii były dużo dłuższe niż w Azji Południowo-Wschodniej. Szczególną przyjemność sprawiały nam długie wieczory z powoli zachodzącym słońcem. Nowa Zelandia leży mniej więcej na tej szerokości geograficznej co Francja. W odróżnieniu od państw strefy zwrotnikowej, dni latem trwają tu dłużej niż 12 godzin, tak jak w Polsce.
P2120588.jpgP2120570.jpg
Nie spodziewaliśmy się jednak, że nowozelandzkie lato może być tak chłodne. Popołudnia w słońcu potrafiły być gorące. Temperatura w niektóre dni dochodziła do 25 stopni, ale w nocy spadała do 10-12. Na wzgórzach niskiej temperaturze towarzyszył porywisty wiatr. Bez ciepłej kurtki bardzo łatwo było o wychłodzenie.
P2140748.jpg
Z Półwyspu Banksa wróciliśmy do Christchurch zrobić zakupy w supermarkecie Pak'n'Save, oferującym produkty po najniższych cenach. Skończyło się jedzenie w niedrogich azjatyckich restauracjach i barach. Po drodze podwieźliśmy Maksa i Reginę: dwójkę 19-latków z Austrii, którzy od kilku miesięcy podróżowali po świecie z namiotem w plecaku.
90_P2130636.jpg
Z Christchurch pojechaliśmy w interior południowej wyspy, a konkretnie Mackenzie Country w regionie Canterbury. Zatrzymaliśmy się w hostelu Buscot Station pod Omaramą. W całej okolicy nie można było znaleźć pokoju dwuosobowego, więc spaliśmy dwie noce w dziesięcioosobowej sali.
90_P2130699.jpg90_P2130697.jpg
Kraj Mackenzie słynie z turkusowych jezior Tekapo i Pukaki leżących u podnóża masywu Aoraki (Mount Cook), najwyższej góry kraju (3754 m n.p.m.).
large_P2130721.jpg
Z Buscot Station pojechaliśmy samochodem wzdłuż jeziora Pukaki do miejscowości Aoraki, bazy wypadowej w góry.
P2130726.jpgP2140769.jpg
Szczyt Aoraki był zasłonięty chmurami. W przerwie między jednym a drugim deszczem udało się nam przynajmniej pójść na ponadgodzinny spacer do Kea Point, z którego można było zobaczyć jezioro Muellera zasilane wodą z lodowca o tej samej nazwie.
P2140755.jpg
Krajobraz południowej części regionu Canterbury zaskoczył nas swoimi kolorami. Nie spodziewałem się zobaczyć w Nowej Zelandii tak suchych i pozbawionych większych roślin przestrzeni.
P2140806.jpgP2140800.jpg
Europejscy przybysze, którzy dotarli do tej części południowej wyspy w XIX wieku, wywodzili się głównie z kilku regionów Anglii i Szkocji. Region Canterbury podobno został zasiedlony przez Anglików, a położony na południe od niego region Otago przez Szkotów. Z rozmowy z właścicielem Buscot Station wynikało, że antagonizm angielsko-szkocki został wyeksportowany do Nowej Zelandii i do dziś ma się w najlepsze. Nowozelandczycy angielskiego pochodzenia mają patrzyć z góry na tych ze szkockimi korzeniami.
P2130710.jpg
Już w Auckland i Christchurch zaobserwowaliśmy, że w Nowej Zelandii pracuje wiele osób po sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce. Co drugi kierowca branego przez nas autobusu miał koło siedemdziesiątki, choć wiek nie przeszkadzał w dziarskim (czy nawet agresywnym) prowadzeniu pojazdów. Okazało się, że późna emerytura to w Nowej Zelandii norma, także dlatego, że wielu osób nie stać na opłatę ich ubezpieczenia zdrowotnego z oszczędności. Państwo ubezpiecza emerytów w wypadku nagłego zagrożenia dla życia. Koszt leczenia przewlekłych schorzeń czy zabiegów służących poprawie komfortu życia musi być pokryty z ubezpieczenia prywatnego, które wymaga składek w wysokości kilkuset dolarów nowozelandzkich miesięcznie. Życie w Nowej Zelandii chyba nie jest tak lekkie jak mogłoby się wydawać nam na drugim końcu planety.
P2140796.jpg

Posted by Jakub W 23:25 Archived in New Zealand Comments (0)

Z Auckland do Christchurch

Przesłuchanie na antypodach

semi-overcast 20 °C

Z Filipin lecieliśmy na antypody: do Nowej Zelandii. Po noclegu w Auckland na północnej wyspie następnego dnia mieliśmy samolot do Christchurch, skąd zaczęliśmy zwiedzanie wyspy południowej.


Po locie z Tagbilaran na wyspie Bohol do Manili, poranek i wczesne popołudnie spędziliśmy na stołecznym lotnisku. Dalej z drobnymi przygodami (nasze miejsca w jednym z samolotów były podwójnie zarezerwowane), polecieliśmy do Auckland przez Kuala Lumpur i Gold Coast w Australii.
P2090405.jpg
Po 36 godzinach podróży służby graniczne na lotnisku w Auckland wzięły mnie na celownik. Zostałem skierowany do kolejki numer cztery, która jak się okazało służyła do prześwietlania podejrzanych o przemyt. Trafiłem do dużego pomieszczenia za parawanami, gdzie było ustawionych kilka długich metalowych stołów, przy których siedzieli inni przepytywani. Przesłuchujący mnie urzędnik wypytywał o środki utrzymania, o to gdzie pracuję, jakie mamy plany zwiedzania, prosił aby pokazać rezerwacje a wszystkie odpowiedzi skrzętnie zapisywał w notesie. Przedstawił mi do wypełnienia i podpisu oświadczenie celne. Zależało mi na wjeździe więc przystałem na współpracę i podpisałem. Urzędnik zaczął po kolei wyjmować na stół zawartość dwóch plecaków: dużego i podręcznego. Zaglądał do każdego woreczka, talk do butów wąchał razem z kolegą, po czym przeanalizował go w specjalnej maszynie. W międzyczasie wzywano go do innych obowiązków, znikał i wracał z powrotem, choć grzecznie zaproponował szklankę wody. Po mniej więcej dwóch godzinach wypuszczono mnie do miasta. W międzyczasie Dawid bezskutecznie próbował się do mnie dodzwonić i szukał mnie we wszelkich zakamarkach sali przylotów.
P2090414.jpg
Po przyjeździe autobusem do Auckland przeżyliśmy drobny ale jednak szok kulturowy: poza chłodniejszą pogodą (w Nowej Zelandii niebo jest zazwyczaj zachmurzone i dużo pada) odczuliśmy też pewien chłód w relacjach międzyludzkich. Nowozelandczycy są bardzo uprzejmi i mili (n.p. kierowca autobusu wita się z każdym pasażerem, ludzie są pomocni), jednak w porównaniu do mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej na pewno mniej się uśmiechają, a na ulicy, tak jak w większości społeczeństw europejskich, należy raczej unikać spojrzeń innych ludzi.
P2110521.jpg
Auckland (półtora miliona mieszkańców) i później Christchurch (trzysta tysięcy), czyli dwa największe miasta kraju, wydały się nam mocno prowincjonalne. Nie mieliśmy czasu zobaczyć centrum Auckland, jednak w obu miastach dominowała zabudowa parterowa i jednopiętrowa, a domy były zbudowane według wzorów brytyjskich.
P2100469.jpg
Auckland okazało się mocno zróżnicowane etnicznie. Około 10% mieszkańców kraju to Maorysi, pierwsi gospodarze wysp. Na ulicach widać było wielu imigrantów (czy ich potomków) z Chin, Indii, czy innych państw Azji. Emigracja działa jednak w obydwie strony: co dziesiąty mieszkaniec kraju podobno mieszka w cieplejszej i bardziej miejskiej Australii. Przekonaliśmy się o tym już w samolocie do Auckland: siedział koło nas Nowozelandczyk wracający do kraju na rodzinne spotkanie. Mówił, że Australijczycy nie przyjeżdżają tak chętnie mieszkać do jego kraju. Na trzysta tysięcy Nowozelandczyków w Australii przypada jeden Australijczyk w Nowej Zelandii, żartował.
P2090427.jpg
W Christchurch zatrzymaliśmy się w hostelu Jailhouse, czyli odrestaurowanym więzieniu. Pokój to dawna cela, do której wstawiono piętrowe łóżko.
90_P2100478.jpg
Dzień później wybraliśmy się do ogrodu botanicznego w Christchurch, gdzie poza okazami roślin azjatyckich czy europejskich rosły typowe dla Nowej Zelandii.
P2100484.jpg
Wśród roślin endemicznych wyróżniała się kordylina australijska (tzw. drzewo kapuściane). Na zdjęciu poniżej po lewej stronie z kępami podłużnych liści rosnącymi na gałęziach.
P2110494.jpg
Kolejnym typowym dla Nowej Zelandii gatunkiem jest wheki, czyli krzew przypominający dużą paproć.
90_P2110492.jpg
Po wizycie w ogrodzie botanicznym wybraliśmy się do galerii sztuki współczesnej. Do gustu przypadła nam jedna z wystaw: Bad Hair Day.
P2110510.jpgP2110512.jpg

Posted by Jakub W 19:07 Archived in New Zealand Comments (0)

Czekoladowe Wzgórza

Bohol i Panglao

semi-overcast 30 °C

Ostatnie dni na Filipinach spędziliśmy na wyspie Panglao leżącej u wybrzeży większej wyspy Bohol. Bohol jest znana z tzw. Czekoladowych Wzgórz


Po śniadaniu w Boracay, tricyklem do przystani i dalej łodzią wróciliśmy do Caticlan, skąd leciał nasz samolot do Cebu. Cebu jest najstarszym miastem Filipin i głównym hubem transportowym w środkowej części kraju (na archipelagu Wizajów).
P2030260.jpg
Nie zdążyliśmy jednak obejrzeć atrakcji Cebu: z lotniska pojechaliśmy taksówką prosto do dzielnicy portowej do dworca morskiego skąd odpływają statki pasażerskie. Nasz statek płynął do Tagbilaran na wyspie Bohol dwie godziny. Po wyjściu na ląd w Tagbilaran zaczęliśmy szukać tricykla lub taksówki do pensjonatu na wyspie Panglao, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg.
P2030265.jpgP2030270.jpg
Razem z nami zabrała się świeżo poznana koleżanka: Chinka Min z Szanghaju. W czwórkę dojechaliśmy tricyklami na miejsce po 22-giej. Było ciemno a nasz pensjonat wydawał się leżeć na odludziu, zaproponowaliśmy więc Min nocleg na sofie w jednym z naszych pokoi. Ciekawie było poznać i rozmawiać z chińską turystyką z Państwa Środka tak odmienną od reszty jej rodaków spotykanych dotychczas na trasie.
90_P2040279.jpg
Kolejny dzień relaksowaliśmy się w pensjonacie Villa Juana. Do dyspozycji mieliśmy dwa pokoje wychodzące na ogród, za ogrodzeniem którego było widać morze. Soczysta zieleń, kuchnia do dyspozycji i spokojne otoczenie kompensowały z nawiązką liczne usterki (odpadające wieszaki, cieknące krany, skrzypiące drzwi czy wilgoć).
P2050286.jpgP2040277.jpg
Popołudniu wybraliśmy się z Magdą na obiad do restauracji na plaży Alona. Wieczorami Alona była zapełniona turystami. Pierwszy raz podczas naszej podróży po Azji spotkaliśmy tam licznych polskich turystów.  
P2040283.jpg
Dzień później wynajęliśmy w naszym pensjonacie dwa skutery i pojechaliśmy na wyspę Bohol. Pierwszym celem naszej wyprawy był mały ogród zoologiczny w Corella, gdzie na wpół dzikich warunkach żyją wyraki: małe drapieżne (ciężko w to uwierzyć) ssaki naczelne, blisko spokrewnione z lemurami. Siedliska mają w południowych Filipinach, a gatunki pokrewne także na Borneo i niektórych wyspach Indonezji. Prowadzą nocny tryb życia, więc w dzień odsypiają, kurczowo trzymając się niewielkich gałązek, co jakiś czas łypiąc ogromnymi oczami.
90_P2050292.jpg90_P2050291.jpg
Dalej pojechaliśmy obejrzeć tzw. czekoladowe wzgórza, które swoją nazwę czerpią od brązowego koloru, w jaki się podobno odmieniają pod koniec pory suchej. Ich nazwa to niewątpliwy marketingowy strzał w dziesiątkę.
large_P2050302.jpg
W mieszczącym się na wzgórzu punkcie widokowym na Chocolate Hills nie rozebrano jeszcze bożonarodzeniowych ozdób.
90_P2050312.jpg
Ze wzgórz pojechaliśmy do doliny rzeki Loboc przejść przez huśtający się nad wodą bambusowy most i do pensjonatu Nuts Huts, na którego zadaszonym tarasie mogliśmy zjeść obiad. Z tarasu było widać, po drugiej stronie głęboko wciętej w dolinę rzeki, ścianę zieleni.
P2050326.jpg
Jazda skuterami była atrakcją samą w sobie. Trasa wiodła głównie dobrą betonową drogą, ruch był poza samym miastem Tagbilaran w miarę umiarkowany. Przy drodze nie było jednak prawie żadnych znaków, czasami nie byliśmy pewni kto miał pierwszeństwo.
90_P2050316.jpg90_P2050314.jpg
Wyprzedzały nas liczne motory z młodymi kierowcami. Wielu z nich miało popularne młodzieżowe fryzury: krótko ścięci ze sterczącą na głowie palemką ściągniętą za pomocą gumki, wygoleni po bokach, za to z irokezem albo farbowaną falą. Filipiny to na pewno ten z odwiedzanych dotychczas przez nas krajów Azji, gdzie młodzież miała najbardziej fantazyjne fryzury.
P2050297.jpg
Wracając załapaliśmy się na piękny zachód słońca nad morzem.
P2050331.jpg
W poniedziałek rano Magda pojechała na lotnisko wracać do Polski, a my z Dawidem do fryzjera i na plażę Dumaluan. Czekały nas ostatnie dwa dni pobytu w tropikach: wkrótce mieliśmy polecieć do Nowej Zelandii.
large_P2060344.jpg
Śniadania jedliśmy w Alonie w piekarni Gavroche, gdzie sprzedawano smaczne pieczywo. Jednego poranka rozbawiła nas tam dwójka prawdopodobnie koreańskich turystów, którzy próbowali rozsmarować masło na kromce chleba z warstwą dżemu. Ślizgało się im na wszystkie strony. Wyglądali pewnie jak my sami przy azjatyckiej potrawie. Na kolację byliśmy dwa razy w przydrożnej knajpie Naty & Henry, gdzie serwowano smaczne ryby i mięso z grilla. Na klepisku pod stołami kręciły się koty i psy oczekujące na resztki ze stołu, ale liczna lokalna klientela świadczyła o dobrej jakości jedzenia.
90_P2070367.jpg
Aby wylecieć z Filipin braliśmy wpierw samolot z Tagbilaran do Manili. Port lotniczy w Tagbilaran składał się właściwie z dwóch niewielkich sal, na płycie postojowej było miejsce na jeden samolot. Razem z nami w kartonach z otworami leciały koguty (na zdjęciu w wózkach w prawym dolnym rogu), prawdopodobnie używane do walk, ich pianie rozchodziło się po całej płycie lotniska. Obok karaoke, walki kogutów są na Filipinach jedną z popularnych rozrywek.
P2080373.jpg

Posted by Jakub W 17:59 Archived in Philippines Tagged bohol panglao czekoladowe_wzgórza villa_juana nuts_huts corella Comments (0)

Filipińska gościnność i biała plaża

Panay i Boracay

all seasons in one day 28 °C

Z Palawan polecieliśmy do Iloilo na wyspie Panay, gdzie gościliśmy u rodziny naszego brytyjskiego przyjaciela Kenna. Z kolei z Iloilo pojechaliśmy na niewielką wyspę Boracay słynącą z białopiaszczystej plaży.


Na lotnisku w Puerto Princesa spotkaliśmy Łukasza, Kenna i Isabelle, z którymi mieliśmy spędzić kolejny etap naszej podróży. Lecieliśmy razem do Iloilo, gdzie z dworca lotniczego odebrała nas ciocia, wujek i kuzyn Kenna. Przez kolejny dzień mogliśmy doświadczyć fantastycznej filipińskiej gościnności. Prosto z samolotu pojechaliśmy do restauracji na obiad. Wujek i ciocia zamówili całą gamę filipińskich specjałów: kinilaw (świeża ryba w zalewie cytrynowo-imbirowej), crab sisig (przysmażone na patelni mięso kraba z dodatkiem warzyw i przypraw), wędzoną białą rybę, mięsne mielone kotleciki czy twarde zielone mango podane z sosem zrobionym z mączki z suszonych ryb (niedojrzałe mango smakowało trochę jak kwaśne jabłko, a jego tekstura przypominała imbir).
P1300106.jpg
Jakby jedzenia było za mało, w domu czekało na nas jeszcze rewelacyjne ciasto mango float: zrobione z cienkich plastrów mango przekładanych kruszonką i zalanych śmietankowym sosem. Coś jakby skrzyżowanie szarlotki i tiramisu, tyle że w egzotycznej wersji.
P1300107.jpg
Wieczorem ponownie zostaliśmy zaproszeni do restauracji Ocean City przez innego wujka: jego córka mieszkająca obecnie w Meksyku akurat miała tego dnia urodziny. Do restauracji pojechaliśmy przez miasto w otwartym bagażniku pickupa.
P1300111.jpg
W restauracji nie obyło się bez tortu, choć jubilatka była w tym czasie za oceanem. Mogliśmy spróbować golonki po filipińsku czy smażonych na głębokim tłuszczu kawałków prosiaka. Wieprzowina pozostaje na Filipinach najpopularniejszym mięsem (o ile baboy znaczy świniak, lechon to wieprzowina, w Cebu wiedzieliśmy reklamę restaurcji zachęcającą klientów: witness live lechon roasting). Na deser pojechaliśmy do Starbucks'a, gdzie mimo naszych starań wujek nie dał się zaprosić.
 P1300134.jpg
Następnego dnia przemieszczaliśmy się autobusem przez wyspę Panay z Iloilo do Caticlan. Filipiny mają mniej więcej powierzchnię Polski, ale są zamieszkane przez 100 milionów ludzi. Okolice Manili na wyspie Luzon są najgęściej zaludnione, tam też mówi się w języku tagalog (inaczej filipińskim), oficjalnym języku urzędowym. Jednak ponad 70 procent mieszkańców kraju używa na codzień innego języka: cebuano, ilocano, bisaya, hilgaynon/ilonggo, czy jednego z ponad stu innych dialektów. Cały archipelag składa się z ponad 7000 wysp, jednak dzieli się go zazwyczaj na trzy jednostki: północną wyspę Luzon, południową Mindanao i leżące pomiędzy Visayas. W Iloilo używa się języka ilonggo, a wyspa Panay, po Luzonie, Mindanao i Negros, jest czwartą najbardziej zaludnioną wyspą archipelagu.
P1300136.jpg
Caticlan to mały port na północnym krańcu wyspy Panay, skąd turyści łodziami są transportowani na wyspę Boracay słynącą z pięknie białej plaży. Z portu w Boracay pojechaliśmy do hotelu tricyklem (motocyklem z przytwierdzoną zadaszoną przyczepą) w piątkę, z plecakami na dachu.
P2030251.jpg90_P1310148.jpgP1310149.jpg
Większość hoteli i restauracji na Boracy jest ulokowana wzdłuż Białej Plaży. Za pasmem białego piasku rosną palmy, za którymi z kolei wybudowano turystyczne miasteczko dostępne tylko dla pieszych. Na szczęście ruch samochodowy (zdominowany przez tricykle czy busy) jest poprowadzony na tyłach miasteczka. Od ulicy do hotelu trzeba zatem było iść wąskimi pasażami handlowymi. Nasz hotel Villa Simprosa mieścił się w wąskim zaułku wychodzącym na plażę.
P1310160.jpg270_P2020247.jpg
Okazało się, że plażę przyjechały podziwiać z nami tysiące innych turystów z Chin, Tajwanu czy Korei (trafiliśmy na wakacje tuż po chińskim Nowym Roku).
large_P2010161.jpg
Popołudnia na wyspie spędziliśmy na mniej obleganych plażach. W środę pływaliśmy w morzu i podziwialiśmy zachód słońca na plaży Puka. W drodze powrotnej złapała nas tropikalna ulewa i przemoczyła do suchej nitki.
90_P2010180.jpg
W czwartek, kiedy dołączył do nas Kenn, wybraliśmy się na plażę Ilig-Iligan. W pewnym momencie chroniliśmy się przed mżawką pod zadaszeniem baru, a Kenn opowiadał jak odzyskiwał zostawiony w samolocie telefon komórkowy. Wieczorem zjedliśmy kolację na plaży wspólnie z ciocią i wujkiem, a kuzyn Kenna opowiadał nam o pracy na statkach oceanicznych.
90_P2020231.jpg

Posted by Jakub W 20:09 Archived in Philippines Comments (0)

(Entries 16 - 20 of 49) « Page 1 2 3 [4] 5 6 7 8 9 10 »