A Travellerspoint blog

Rejs statkiem u wybrzeży wyspy Palawan

Morskie skały i rafy koralowe

semi-overcast 28 °C

Palawan była drugą filipińską wyspą, którą odwiedziliśmy po Luzonie.


Przemieszczanie się między atrakcjami na różnych filipińskich wyspach zajmuje dużo czasu. Także i nam zapowiadała się bardzo długa podróż z Luzonu na Palawan. Po dniu w deszczowym Batad, o dziewiętnastej w Banaue w strugach deszczu wsiadaliśmy do nocnego autobusu do Manili. W stolicy byliśmy punktualnie o czwartej nad ranem. Z centrum pojechaliśy taksówką na lotnisko, skąd do Puerto Princesa mieliśmy wylecieć dopiero o szesnastej. Szczęśliwie udało się nam przebookować lot, tak że po dziesiątej rano byliśmy już w pensjonacie At the Bay Jacana Bed and Breakfast.
P1259875.jpg
Tak uzyskany dzień mogliśmy poświęcić na wysuszenie przemoczonych ubrań, oddanie brudów do prania, odespanie podróży a na koniec kolację w restauracji Badjao Seafront położonej uroczo w namorzynowym lesie nad brzegiem morza. Do restauracji wchodziło się przez długi pomost otoczony rosnącymi w morskiej wodzie drzewami.
90_P1259889.jpgP1259891.jpgP1259893.jpg
Pensjonat Jacana był prowadzony przez sympatyczną Sandrę, która po urodzeniu córeczki razem z mężem zdecydowała opuścić Manilę. Praca w stolicy wymagała poświęcenia całego czasu dla życia zawodowego. Ze względu na korki w mieście, standardem było wstawanie po czwartej, wychodzenie z domu o piątej rano i powrót o 21-szej. Taki tryb życia nie pozwalał zajmować się dzieckiem, stąd decyzja o powrocie w rodzinne strony rodziców, gdzie Sandra z mężem prowadzili pensjonat.
90_P1300094.jpgP1269905.jpg
Z Puerto Princesa pojechaliśmy busem do El Nido, a konkretnie Corong Corong, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w pensjonacie Cyrus Inn. Wyspa Palawan wyglądała zupełnie inaczej niż Luzon: przede wszystkim była dużo mniej zaludniona i bardziej dzika. Jechaliśmy krętą betonową drogą wzdłuż wybrzeża, a także przez położony na wzgórzach tropikalny las. Po drodze mijaliśmy niewielkie miejscowości zabudowane głównie bambusowymi domami. Dwa razy zatrzymywaliśmy się na jedzenie i wizytę w toalecie. Kupiliśmy też paczkę orzechów nerkowca. Wyspa słynie z jego upraw: orzechy rosną na rozłożystych drzewach. Po prawie sześciu godzinach byliśmy na miejscu.
P1259886.jpg90_P1269913.jpg
Pensjonat Cyrus Inn okazał się zupełnie gorszy niż na zdjęciach. Pokój był bardzo nagrzany, noc przespaliśmy w slipkach. Niestety nie mogliśmy wycofać się z rezerwacji: hotelarze w El Nido nie mają opinii łatwych. Nie powinniśmy jednak byli rezerwować noclegu z wyprzedzeniem, bo zaraz obok naszego pensjonatu dostępne były dużo lepsze bungalowy w niższej cenie.
90_P1269907.jpg
Do El Nido przyjechaliśmy aby popłynąć w trzydniowy rejs statkiem Nativ Exploration Palawan. Przez trzy dni statek krążył między krasowymi wyspami archipelagu Bacuit. Organizatorzy zapewniali także dwa noclegi.
P1290058.jpg
Oprócz naszej trójki pasażerami statku była para Brytyjczyków, para Belgów z Brukseli, szóstka Francuzów i Włoch. Wśród ośmiu członków załogi był kapitan, kucharz, opiekun zajmujący się pasażerami, członek odpowiedzialmy za kotwicę i ich młodsi pomocnicy.
90_P1279966.jpgP1279940.jpgP1290088.jpg
Pierwszego dnia statek zarzucał kotwicę przy czterech plażach, na które można było popłynąć kajakiem, albo posnurkować z maską przy brzegu nad niewielkimi rafami koralowymi.
P1279960.jpg
Myśleliśmy, że wykupując rejs podarowaliśmy sobie odrobinę wygody. Pomyliliśmy się. Pierwszy nocleg spaliśmy na plaży w bambusowych chatkach bez drzwi. Załoga statku przestrzegła nas przed starym kokosem wiszącym nad naszą chatką: rano rzeczywiście spadł z hukiem na ziemię. Wieczorny "prysznic" braliśmy grupowo w czternaście osób polewając się zimną wodą (nie byłem pewien czy przypadł Magdzie do gustu), kolację jedliśmy rękoma z liścia bananowca: przeżyliśmy powrót do czasów sprzed cywilizacji. Jednak było warto spędzić trzy dni w dość spartańskich warunkach, choćby dla samego przebudzenia się przy szumie fal, dla pysznego jedzenia (grillowanych ryb, smażonego makaronu, gotowanych warzyw), czy dla świadomości, że nie trzeba szukać WiFi, bo nie ma to sensu.
270_P1279972.jpgP1279967.jpg
Drugiego dnia płynęliśmy statkiem do dużej i małej laguny na wyspie Miniloc. Ze względu na niewielkie rozmiary lagun statek musiał cumować na otwartym morzu, a do celu trzeba było dopływać kajakiem. Ahoj przygodo! Morskie fale mocno huśtały kajakiem, w uszach szumiał wiatr, woda uspokajała się dopiero w otoczonych skałami, wąskich lagunach. W obawie przed utopieniem, aparaty zostawiliśmy na statku. Do małej laguny wpływało się przez krótki tunel w skale. Sama laguna to płytki podłużny akwen otoczony z dwóch stron pionowymi ścianami skał.
P1280002.jpg
Drugi nocleg zorganizowano nam także w chatkach na plaży, tym razem w małej rybackiej wiosce. Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy tam do brzegu, obskoczyła nas grupka małych dzieci dopominających się zrobienia im zdjęcia. Prysznic braliśmy grupowo tak jak pierwszego wieczora.
90_P1280031.jpg90_P1280035.jpg
Trzeci dzień opływaliśmy okoliczne wyspy, wpływaliśmy kajakiem do Cathedral Cave i zatrzymywaliśmy się przy koralowych plażach.
P1290067.jpg
Podczas rejsu zafascynowała nas siła lokalnej przyrody. Pionowe ściany skał były porośnięte nie tylko krzewami, ale ogromnymi palmami i innymi drzewami, których korzenie były w stanie utrzymać je na skale w niesprzyjających warunkach.
large_90_P1279941.jpg
Do Puerto Princesa wracaliśmy busem bezpośrednio po rejsie. Wieczorem kręta droga była już pustsza, kierowca prowadził jak wariat, ale wydawało się to nie przeszkadzać żadnemu z pasażerów. Po czterech i pół godziny dotarliśmy do pensjonatu, skąd nazajutrz jechaliśmy na lotnisko spotkać się z Kennem, Łukaszem i Isabelle.

Posted by Jakub W 05:21 Archived in Philippines Tagged palawan el_nido nativ_exploration_palawan badjao_seafront by_the_bay_jacana Comments (0)

Filipińskie tarasy ryżowe

Banaue i Batad

rain 22 °C

Poza letniskową Sagadą, góry w północnej części wyspy Luzon kryją krajobrazowo-kulturową atrakcję: dwutysiącletnie tarasy ryżowe. Aby je obejrzeć, przemieściliśmy się do miejscowości Banaue.


Z Sagady jechaliśmy jeepneyem do Bontoc. Oczekując na odjazd rozmawialiśmy z dwiema zabawnymi nauczycielkami, które uczyły w lokalnej szkole: wygadaną panią od angielskiego i panią od przedmiotów ścisłych. Mówiły, że na Filipinach wprowadzono od niedawna obowiązek szkolny do 17- tego roku życia. W Bontoc przesiadka do Banaue była sprawnie zorganizowana: zanim wysiedliśmy z jeepneya, podszedł do nas kierowca i zaprosił do swojego busika. Nie musieliśmy nawet szukać przystanku. Droga z Bontoc wiodła zboczem górskiej doliny, z Sagady do Banaue dojechaliśmy w dwie i pół godziny.
P1229774.jpg
Pełny jeepney i trochę zdezelowany busik to jak na filipińskie warunki komfortowa jazda. Po przyjeździe do Banaue zobaczyliśmy wypełnionego jeepneya z pasażerami czekającymi w środku pojazdu i na dachu. Dwa dni później, w drodze do Batad, minęliśmy po drodze jeepneya, którego pasażerowie siedzący na dachu skrywali się pod brezentową płachtą chroniąc się przed deszczem.
P1229776.jpg
Banaue, nie do końca piękne, miało urocze położenie i tętniło życiem. Na niewielkim placyku w centrum miasteczka można było nawet się nie zorientować, że jest się w górach. Budynki od strony ulicy miały parterowe, jedno- lub dwupiętrowe fasady, ale ponieważ miasteczko jest położone na stromych zboczach, budynki tak naprawdę posiadały od strony "podwórza" kilka pięter w dół.
P1229779.jpg
W górskiej części Luzonu widzieliśmy głównie domy budowane z betonu pokrywanego blachą. Czasem beton imitował drewno lub cegłę. Mnóstwo budynków było wciąż w budowie. Wpierw konstruowano betonowy szkielet, który następnie był okładany blachą. Zdarzało się, że nad istniejącym parterowym domem budowano kilkupiętrowy betonowy szkielet, który z kolei był stopniowo obudowywany od najwyższego piętra w dół.
P1209702.jpg
Hotel People's Lodge, w którym się zatrzymaliśmy, miał małe pokoje ale mieliśmy do dyspozycji wąski, właściwie prywatny taras, skąd widać było dolinę ze strumieniem. W hotelu nie było ciepłych kocy na noc, hotelowa restauracja serwowała kiepskie jedzenie. Stołowaliśmy się więc w Sanafe Lodge i po sąsiedzku w Uyami Greenview Lodge. W People's Lodge organizowaliśmy transport do Batad i przewodnika (przewodnik jest niezbędny), lecz było to błędem. Aby nie przepłacać, w Banaue lepiej zorganizować sobie tylko transport, a przewodnika wynająć na miejscu w Batad.
90_P1229790.jpg
Popołudnie po przyjeździe i następny dzień spędziliśmy w miasteczku: deszcz zniechęcał do wypraw. Drugiego dnia rano zdecydowaliśmy się jednak wybrać do pobliskiego Batad. Pojechaliśmy tam motorem z przytwierdzonym do niego wózkiem: najpopularniejszym obok jeepneya środkiem transportu na Filipinach. Dawid siedział za kierowcą, my z Magdą w ciasnym wózku. Deszcz był nam niestraszny.
P1249802.jpgP1249807.jpg
Kierowca wysadził nas na przełęczy i sprowadził kilkaset metrów w dół betonową drogą. W miejscu gdzie droga się urywała (budowa nie osiągnęła jeszcze Batadu), przejął nas miejscowy przewodnik, który przedstawił się jako Jackie.
90_P1249811.jpg
Główną atrakcją Batad są tarasy ryżowe, czyli zalane wodą poletka. Mają około dwa tysiące lat, w momencie budowy były wzorowane na chińskich tarasach. Wykorzystują górskie strumienie i siłę grawitacji: woda przepływa z tarasów położonych na górze do tych na dole umożliwiając uprawę wodolubnego ryżu.
large_P1249826.jpg
W styczniu młode pędy ryżu jeszcze rosną w szkółkach, krótko później przesadza się je na ich docelowe miejsce, tak że w kwietniu tarasy zazieleniają się na dobre. Żniwa mają miejsce w czerwcu lub lipcu.
90_P1249834.jpg
Kiedyś ryż uprawiano dwa razy do roku, jednak teraz zrezygnowano z drugiego siewu, bo jest mniej wydajny, tłumaczył nam przewodnik. Jedna rodzina posiada dwa do pięciu tarasów do uprawy.
P1249839.jpg
Tarasy wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jako przykład wspólnej dla państw regionu azjatyckiej kultury materialnej. Wpisanie na listę wymaga pracochłonnej tradycyjnej technologii konserwowania tarasów, z tego co zrozumieliśmy nie można ich na przykład betonować. 
P1249836.jpg
Towarzystwo przewodnika jest wskazane o ile nie koniecznie: w labiryncie tarasów łatwo się zgubić, ponadto aby uszanować pracę i wysiłek mieszkańców, nie należy rozdeptywać niektórych ścieżek oddzielających tarasy od siebie.
P1249871.jpg
Kiedy docieraliśmy do Batad rozpogodziło się. Przewodnik przeprowadził nas do punktu widokowego a później do wodospadu Tappiya znajdującego się w dolinie położonej poniżej wsi.
P1249858.jpg
W drodze powrotnej nasze szczęście się skończyło, deszcz zaczął padać z powrotem. Zjechaliśmy z powrotem do Banaue, skąd mieliśmy nocny autobus do Manili.

Posted by Jakub W 08:25 Archived in Philippines Comments (0)

Góry i jaskinie na Luzonie

Północne Filipiny

sunny 24 °C

Na filipińską część naszej przygody dołączyła do nas z Warszawy Magda. Podróż po archipelagu zaczęliśmy od północnej części wyspy Luzon, a konkretnie miejscowości Sagada w górach Cordillera.


Z Tagaytay wróciliśmy do Manili na lotnisko aby spotkać się z Magdą. Z lotniska jechaliśmy już w trójkę taksówką przez zakorkowaną Manilę na autobus do miejscowości Baguio. Taksówkarze w Manili często nie chcą wozić klientów według opłat wskazywanych przez taksometr i próbują się targować. Nasz kierowca już w drodze zatrzymał się w podejrzanej okolicy sugerując, że nas wypuści bo jednak doszedł do wniosku, że dalsza jazda byłaby dla niego nieopłacalna, ponadto pora obiadu i miałby ochotę zjeść. Po krótkich negocjacjach ruszył i dojechaliśmy na dworzec autobusowy na czas.
P1179578.jpg
Po niecałych pięciu godzinach w wygodnym autobusie dotarliśmy do Baguio. Z plecakami poszliśmy szukać naszego hostelu. Położone na wzgórzach miasto okazało się chłodniejsze od Manili. Centrum tętniło życiem: było pełne sklepów, knajp i barów skąd dochodziły śpiewy karaoke, a na ulicach mnóstwo młodych ludzi (Baguio to główny ośrodek studencki na północy kraju).
P1189602.jpgP1179595.jpg
Nasz hostel Ashburn Transient znajdował się w trochę ciemnym zaułku, na pierwszym piętrze kamienicy. Pokój był mały, łazienka dzielona z innymi gośćmi, za to było bardzo czysto, w gościnnej domowej atmosferze tworzonej przez właścicieli i blisko do dworca autobusowego, skąd nazajutrz rano ruszyliśmy do Sagady.
P1189601.jpg90_P1179600.jpg
W autobusie do Sagady towarzystwa dotrzymywał nam Joseph (Karo), który wracał z Baguio do pracy. Filipińczycy czują się w obowiązku brać obcokrajowców pod opiekę. Joseph tłumaczył nam lokalne zwyczaje, doradzał które części archipelagu warto zobaczyć, informował ile drogi zostało czy na jak długo autobus się zatrzyma. Sagada leży na wysokości około 1500 metrów n.p.m. Otoczona sosnowym lasem rozlewa się po okolicznych wzgórzach, jednak głównym ciągiem komunikacyjnym miasteczka jest jedna kręta ulica. Trochę czasu nam zajęło zanim znaleźliśmy nocleg. W końcu zatrzymaliśmy się w hotelu Labanet, gdzie musieliśmy się domagać by na noc wydano nam dodatkowe koce. Trzeciej nocy okazało się, że pies na zewnątrz ciszej skomlał, bo okno u Magdy w pokoju można było zamknąć.
P1219748.jpgP1199637.jpg
Nazajutrz poszliśmy spacerem za miasto do punktu widokowego na pobliską dolinę oraz do małego wodospadu. Po drodze minęliśmy kilka tarasów ryżowych.
P1199617.jpg90_P1199629.jpg90_P1199625.jpg
Drugiego dnia wybraliśmy się zobaczyć tzw. dolinę echa gdzie na skalnej ścianie pozawieszane są trumny. Górska część wyspy Luzon nie została skolonizowana przez Hiszpanów, więc najdłużej przetrwały tu dawne tradycje i animistyczne wierzenia. Jednym z lokalnych zwyczajów było składanie nieboszczyków do pozycji embrionalnej i umieszczanie ich do zawieszonych na skale trumien. Tak pochowanych nie trzeba było odwiedzać, bo ich duchy i tak nawiedzały swoich bliskich. Dopiero w XX wieku Amerykanie zdołali na dobre podporządkować tą część wyspy. Chrześcijaństwo ma tu słabiej zapuszczone korzenie niż w innych częściach Filipin, jednak obecnie większość zmarłych jest chowanych na cmentarzu. Pierwszego listopada na grobie nie zapala się znicza a małe ognisko.
P1209652.jpg
Popołudniu wybraliśmy się z Magdą do jaskini Sumaging. Naszym przewodnikiem był nieśmiały Babi. Zapalał lampę gazową, z którą mieliśmy zejść w głąb jaskini, z mniejszą wprawą niż inni przewodnicy. Okazało się, że miał czternaście lat. Najmłodszy z rodzeństwa pięciu braci, mieszkał pod Sagadą, już ukończył szkołę podstawową, w tygodniu pracował na budowie a od kwietnia dodatkowo zaczął oprowadzać turystów po jaskini w piątki, kiedy najwięcej wizytujących.
90_P1209659.jpg
Początkowo schodziliśmy w szeroko rozwartą jamę, która stopniowo skręcała w lewo. Kiedy wydawało się, że zbliżamy się do końca, zza skały wyłaniała się dalsza część jaskini. Wnętrze robiło się coraz bardziej wilgotne, po ścianach i podłożu spływała woda, która pięknie formowała skały. Dalej musieliśmy zostawić klapki, żeby nie zgubić ich w zimnej wodzie albo się nie wywrócić. Na ścianach mogliśmy dostrzec ślady skamieniałości, niektóre formacje skalne wyglądały złowrogo. Na dnie dostępnej dla turystów części jaskini Babi zaproponował nam trasę, gdzie udało się nam odłączyć od reszty zwiedzających. Musieliśmy przeciskać się przez wąskie szczeliny, schodzić w dół trzymając się zawieszonych lin, przeskakiwać przez wypełnione wodą baseny, które wydawały się nie mieć dna, czy wspinać się po ściankach. Babi wykonywał wszystkie te manewry trzymając w ręku gazową latarnię. My mieliśmy obawy czy wydobędziemy się na powierzchnię cali i zdrowi. Ponad godzina spędzona pod ziemią uleciała nam w mgnieniu oka.
90_P1209663.jpgP1209670.jpg
W drodze powrotnej minęliśmy pięknie położone w dolinie tarasy ryżowe.
large_P1209694.jpg
Trzeciego dnia w Sagadzie wybraliśmy się na kilkugodzinny trek nad jeziorko Danum i na grań góry Ampacao. Do jeziorka szliśmy betonową drogą, a dalej pod górę zarośniętą ścieżką. Z wysokości rozpościerał się widok na okoliczne góry porośnięte lasem. Krajobrazowo przypominały mi Sudety, może z bardziej egzotyczną roślinnością w warstwie podszycia i sosną zamiast świerku.
P1219711.jpgP1219731.jpg
Z góry zeszliśmy przez wioski Demang i Dagdag. Kluczyliśmy między poletkami ryżu, domami, przydomowymi ogródkami z bananowcami czy trzciną cukrową.
90_P1219760.jpg90_P1219761.jpg
Oprowadzał nas Maryju, dumny mieszkaniec Sagady. Mówił, że robić za przewodnika czy kupować ziemię w miejscowości mogą tylko pełnokrwiści mieszkańcy Sagady (fully blooded Sagadians, jak to ujmował). Aby awansować w lokalnej hierarchii należy wchodzić w małżeństwa z lokalnymi, twierdził.
90_P1219744.jpg
Po spacerze zaszliśmy na późny obiad do naszej ulubionej knajpki Yoghurt House, gdzie serwowano dania z pysznym niesłodkim jogurtem.

Posted by Jakub W 23:58 Archived in Philippines Comments (0)

Stolica Filipin

Manila i okolice

overcast 27 °C

Pobyt na Filipinach zaczęliśmy od stolicy Manili, skąd na dwie noce wybraliśmy się do Tagaytay, "letniskowej" miejscowości z widokiem na jezioro, gdzie mieszkańcy Manili szukają odpoczynku i ochłody.


W Manili wylądowaliśmy późnym wieczorem. Po szybkiej kontroli paszportowej, odebraniu bagażu i wypłacie pieniędzy z bankomatu w nowoczesnym terminalu lotniczym pojechaliśmy taksówką do miasta. Byliśmy trochę zdziwieni, gdy okazało się,  że nasz hotel leży w samym centrum dzielnicy rozrywkowej pełnej głośnych barów, dyskotek czy klubów. Przed wejściami do niektórych stały skąpo ubrane dziewczyny. Taksówkarz poradził nam uważać na lokalnych rzezimieszków, jednak zmęczeni podróżą nie planowaliśmy nocnych eskapad. W hotelu, gdzie mieliśmy rezerwację, powiedziano nam, że będziemy spali po drugiej stronie ulicy, jak się okazało na 34 piętrze wieżowca Birch Tower.
large_P1159523.jpg
Podekscytowany noclegiem nad dachami 12-milionowej metropoli wstałem wcześnie rano, aby zajść na stare miasto. Manila została w ogromnej mierze zniszczona pod koniec II wojny światowej, kiedy była odbijana przez siły amerykańskie z rąk Japończyków. Na starym mieście jest jednak kilka ciekawych zabytków. W barokowym kościele pod wezwaniem św. Augustyna zachwyca sklepienie pomalowane w sposób imitujący trójwymiarowość.
90_P1159529.jpg
Z kolei w kolonialnej rezydencji Casa Manila pełnej drewnianych antyków można zobaczyć jak w domach bogatych mieszczan rozdzielano przestrzeń zawodową i prywatną. Tą samą klatką schodową wchodziło się do biura na pierwszym piętrze, a dalej na drugim piętrze do rodzaju salonu zwanego z hiszpańska caidą, bo panie mogły zdjąć tam część ubioru. Po jednej stronie caidy była sala muzyczna, a po drugiej jadalnia z długim drewnianym stołem, nad którym wisiały dwie ogromne płachty materiału pełniące funkcję wachlarza (były poruszane za pomocą sznurka). Za jadalnią znajdowała się kuchnia z osobnym wyjściem na zewnątrz, żeby oczywiście nie przeszkadzać państwu.
90_P1159534.jpg
Manila nie ma jednego centrum, jest pełna wieżowców powciskanych między niską, często parterową zabudowę. Popularnością cieszą się fastfoody. W dzielnicy, w której nocowaliśmy, nie było widać ostentacyjnego bogactwa, z to wielu bezdomnych czy bardzo ubogich ludzi. O ile tuktuki w Bangkoku czy nawet Kambodży napędzane były motorami, w naszej dzielnicy widzieliśmy głównie obdrapane rowerowe riksze. Za to powszechnym środkiem transportu dla mieszkańców Manili były przedłużone jeepy, zwane jeepney.
P1159551.jpg
Miasto i jego okolice wydawały się nam bardziej zwesternizowane i łatwiejsze do zrozumienia niż miasta w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej. Na Filipinach używa się alfabetu łacińskiego, licznych hiszpańskich słów w lokalnym języku a także powszechnie języka angielskiego. Ta westernizacja wynika także z faktu, że Filipińczycy nie zdążyli wykształcić państwowości zanim przybyli tu Europejczycy.
P1159541.jpgP1159539.jpg
W porównaniu do innych państw Azji Południowo-Wschodniej Filipiny mają krótką historię. Od około 900 roku n.e. na wyspach powstawały pierwsze organizmy proto-państwowe czerpiące wzory kulturowe z Chin (przede wszystkim na północy archipelagu), Indii czy państw muzułmańskich (południowa wyspa Mindanao). Większość kraju nie była zorganizowana politycznie, a raczej plemiennie. Islam rozprzestrzeniał się na północ kraju do momentu przybycia Hiszpan, którzy kolonizowali Filipiny począwszy od 1521 i wprowadzili tu katolicyzm. Do dziś katolicyzm jest głównym spoiwem wieloetnicznego archipelagu. W XIX wieku klasa wykształconych Filipińczyków zaczęła domagać się niepodległości. José Rizal, poeta i lekarz, na którym Hiszpanie dokonali egzekucji, został bohaterem narodowym. W 1898 roku między Hiszpanią i Stanami Zjednoczonymi wybuchła wojna i Filipiny przeszły pod kuratelę USA, pod którą zostały do II wojny światowej.
P1159550.jpg
Filipińczycy to religijny naród. W radiu słyszeliśmy popowe piosenki o Jezusie. Na ulicy Manili spotkałem panią, która niosła figurę Chrystusa wysokiego na prawie metr. Na szczycie niejednego wieżowca widniały wielkie metalowe napisy "In God We Trust". Widzieliśmy wiele nowych kościołów i kościołów w budowie. Nawet w dzielnicy rozpusty w sercu stolicy porozwieszano mnóstwo ogłoszeń ewangelizacyjnych.
P1159540.jpg
Pełni wrażeń po niecałym dniu w Manili pojechaliśmy autobusem odpocząć do dużo spokojniejszej miejscowości Tagaytay, skąd widać nieduży wulkan w jeziorze Taal wypełniającym wielki krater dawnego wulkanu. Już w drodze ze stolicy zaczął padać deszcz, więc na miejscu widok na jezioro to pojawiał się, to znikał.
P1169572.jpg
W Tagaytay Dawid znalazł w hostelu kumpla.
P1169554.jpg
A ja zjadłem wieprzowinę (czyli baboy) z grilla. To chyba najpopularniejszy rodzaj mięsa na wyspach.
90_P1169573.jpg

Posted by Jakub W 04:47 Archived in Philippines Tagged tagaytay manila filipiny casa_manila jezioro_taal Comments (0)

Dzień w Singapurze

Miasto przyszłości

semi-overcast 32 °C

Z Tajlandii na Filipiny lecieliśmy przez Singapur, gdzie zostaliśmy jedną noc. Opowieści spotykanych osób, które Singapur widziały już wcześniej, podniosły poprzeczkę naszych oczekiwań. Przy założeniu, że czekają nas świetlane (choć trochę policyjne) czasy, spodziewaliśmy się zobaczyć przyszłość tu i teraz, czyli czyste i ultra-nowoczesne miasto-ogród, gdzie za żucie gumy można dostać mandat.


Singapur leży u południowego wybrzeża Malezji na wyspie o powierzchni niecałych 700 kilometrów kwadratowych (0,2% Polski, Warszawa ma 517 km kw). Położenie na prawie samym równiku (około 2° północnej szerokości geograficznej) gwarantuje gorący i wilgotny klimat. Trochę ponad sto kilometrów na południowy zachód od Singapuru zaczyna się indonezyjska wyspa Sumatra. Znajdująca się pomiędzy Sumatrą a Malezją cieśnina Malakka jest jednym z najważniejszych szlaków handlowych na świecie: tędy wiedzie najkrótsza droga morska z Chin i Japonii do Indii, krajów Zatoki Perskiej i Europy.
P1139386.jpg
Strategiczne położenie Singapuru dostrzegli Brytyjczycy. Na początku XIX wieku założyli na miejscu niewielkiej miejscowości miasto i port morski. Krótko po okupacji japońskiej w trakcie II wojny światowej Singapur uzyskał niepodległość, przez dwa lata należał do Federacji Malezji, jednak w 1965 roku został z niej wyrzucony.
P1139425.jpg
Naturalnym punktem odniesienia dla podsumowania naszych singapurskich wrażeń był Hongkong. Obydwie azjatyckie metropolie, a właściwie państwa-miasta, mają po kilka milionów mieszkańców, należą do najbogatszych na świecie i są zamieszkane głównie przez etnicznych Chińczyków. Singapur, gdzie Chińczycy stanowią trzy czwarte mieszkańców, Malajowie 10-15% a Hindusi około 10%, jest jednak bardziej różnorodny etnicznie niż Hongkong i mocno zróżnicowany religijnie. Mimo to, na pierwszy rzut oka wydawało się nam, że nie widzieliśmy wielu osób ze związków mieszanych (w odróżnieniu na przykład od Rangunu). Choć wrażenia ze zwiedzania Hongkongu przed sześciu laty trochę się już nam zatarły, wydawało się nam, że mieszkańcy tego miasta byli bardziej kurtuazyjni niż w Singapurze.
P1149496.jpg
W ostatnich latach Singapur przeszedł jednak duże zmiany demograficzne. Dwóch czy trzech spotkanych na ulicy Singapurczyków zagadnęło nas pytając skąd jesteśmy. Opowiadali, że jeszcze kilkanaście lat temu miasto było czystsze a mieszkania tańsze. Od tego czasu do miasta miały przybyć dwa miliony imigrantów, głównie z Chin, ale także Indii czy Filipin. Zachęty do imigracji miały być na rękę rządzącej Singapurem od kilkudziesięciu lat Partii Akcji Ludowej, która miała szukać w imigracji wzmocnienia swego elektoratu. Mimo, że większość ludzi w Singapurze jest chińskiego pochodzenia, odrębne dzieje przyczyniły się tu do wykształcenia niezależnej od chińskiej tożsamości, a angielski jest lingua franca.
P1139460.jpg
Jeśli chodzi o tkankę miejską, mogliśmy zobaczyć trzy twarze miasta. Pierwsza to historyczne centrum zabudowane pięknie odnowionymi, pomalowanymi głównie na biało, budynkami użyteczności publicznej w stylu kolonialnym. Poza ścisłym centrum zabudowa kolonialna to głównie jednopiętrowe szeregowce. Brytyjską spuściznę widać też było po sposobie malowania pasów na jezdni (oznakowanie poziome).
P1139424.jpg90_P1149483.jpgP1139391.jpg
Na tle współczesnej zabudowy, budynki z epoki kolonialnej wydawały się nam wręcz miniaturowe. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat w centrum miasta powstało wiele wieżowców czy budynków o dużej kubaturze, stanowiących drugą twarz miasta. Te starsze miały przede wszystkim tynkowane czy obłożone kamieniem fasady, te nowsze lżejsze konstrukcje ze szkła i stali. Do roli najnowszej wizytówki miasta wydawał się aspirować położony nad wodą budynek Marina Bay Sands, czyli długi jakby statek umieszczony na trzech filarach w postaci wieżowców. Nad estetyką można dyskutować, na pewno jest symbolem współczesnej zamożności miasta.
P1139431.jpg90_P1149485.jpg
Trzecia twarz to wieżowce mieszkalne. Rozsypane po mieście, podobno są w dużym stopniu subwencjonowane przez rząd (w stylu czegoś à la "mieszkanie dla młodych "). Wszystkie czyste i świeżo pomalowane, jednak po rozstawie okien można było się domyślić, że mieszkania w nich nie są większe niż w gierkowskich punktowcach z warszawskiego osiedla za Żelazną Bramą. Singapur na pewno ma więcej twarzy (nowoczesne kondominia czy mniejsze budynki mieszkalne), jednak ze względu na krótki czas pobytu nie wybieraliśmy się poza centrum. Zarówno w centrum jak i w dzielnicach widzianych z naziemnego metra, którym jechaliśmy na lotnisko, było widać, że miasto jest dużo luźniej zabudowane niż Hongkong i dużo w nim pustych przestrzeni.
90_P1149471.jpgP1139393.jpg
Darmową rozrywkę w Singapurze mogą znaleźć miłośnicy pokazów typu światło i dźwięk (plus woda). W dzielnicy Marina Bay, poza pokazem przy wspomnianym już budynku-statku na filarach, odrębne widowisko przez chwilę oglądaliśmy w ogrodzie Gardens by the Bay, gdzie na tysiąc sposobów podświetlano kilkudziesięciumetrowej wysokości sztuczne drzewa z metalu. Miliony poszły nie tylko w drzewa ale i podświetlenie egzotycznej roślinności.
P1139435.jpg
Największą zaletą Singapuru wydało się nam jednak bogactwo jego kuchni. Zakwaterowanie i większość atrakcji turystycznych były rzeczywiście drogie, ale w mieście mogliśmy bardzo dobrze zjeść w cenie nie wyższej niż w niedalekiej Tajlandii. Pierwszego popołudnia stołowaliśmy się w (zaskakująco czystej) dzielnicy Little India w knajpie Al-Bismi: smakowaliśmy pysznego kurczaka i baraninę w sosie bryani po hyderabadzku. Drugiego popołudnia jedliśmy na rynku Maxwell Food Center w Chinatown kaczkę po chińsku.
90_P1139394.jpg
Zapomnieliśmy sprawdzić czy w sklepach rzeczywiście nie sprzedają gumy do żucia. Jednak kilkakrotnie przechodziliśmy na czerwonym świetle i udało się nam uniknąć aresztowania. Może nie aż tak nowoczesny i policyjny jak się spodziewaliśmy, ale na pewno czysty i tropikalnie gorący. Z Singapuru lecieliśmy dalej do Manili na Filipinach.
P1149489.jpg

Posted by Jakub W 17:37 Archived in Singapore Comments (0)

(Entries 21 - 25 of 49) « Page 1 2 3 4 [5] 6 7 8 9 10 »