A Travellerspoint blog

Krabi i Koh Ngai

Nad Morzem Andamańskim w Tajlandii

all seasons in one day 30 °C

Kolejnym celem naszej podróży było zachodnie wybrzeże Tajlandii nad Morzem Andamańskim, a konkretnie Krabi (miejscowość Ao Nang) i wyspa Koh Ngai.


Z tajskich gór kilka godzin jechaliśmy krętą drogą w szóstkę vanem do Chiang Mai, skąd samolotem polecieliśmy do Krabi. Prognoza pogody nie była obiecująca i sprawdziła się co do joty: w momencie kiedy pod hotelem w Ao Nang wysiadaliśmy z taksówki o godzinie 21-szej lunął rzęsisty tropikalny deszcz. Zmokliśmy biegnąc dwadzieścia metrów do drzwi wejściowych budynku. Przez następne dwie i pół doby lało jak z cebra z krótkimi przerwami. Na szczęście w trakcie jednej z takich przerw zdołaliśmy drugiego wieczora zjeść na mieście kolację w hinduskiej restauracji i wypić drinka w knajpie gdzie lokalny zespół grał rockowe szlagiery (od Queen po Oasisy i Guns'n'Roses), a trzeciego pójść na krótki spacer po plaży. Ao Nang okazało się pełne hoteli, restauracji, barów, biur turystycznych i sklepów z pamiątkami. Główną atrakcją było jednak obserwowanie drugiego popołudnia samochodów, motocykli i tuktuków przejeżdżających przed hotelem ulicą zalaną do kolan błotnistą wodą. Kiedy nasz punkt obserwacyjny po raz drugi minął pan, który pomagał przenosić wózek z dzieckiem czy popychać motocykl, zrobiło się nam trochę głupio i przestaliśmy bawić się w gapiów.
P1089247.jpg
Z Ao Nang pojechaliśmy taksówką kilkadziesiąt kilometrów na południe aby w godzinę przeprawić się łodzią na wyspę Koh Ngai. Morze było wciąż rozbudzone po ostatnich burzach, łódź uderzała w fale i chlapało, w trakcie przeprawy trafiliśmy też na deszcz, tak więc na wyspę dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki.
P1099267.jpgP1099257.jpg
Na szczęście mogliśmy wysuszyć ubrania i plecaki na słońcu przed naszym bungalowami, kilkanaście metrów od morza.
P1099270.jpgP1119307.jpg
Koh Ngai leżąca w archipelagu wysp Trang była chyba mniej zagospodarowana niż przeciętna tajska wyspa. Brak ruchu drogowego, niska zabudowa (drewniane i murowane bungalowy), bary i restauracje nad wodą, plaża jako główny ciąg komunikacyjny dla pieszych oraz zalesiony, niedostępny interior czyniły z niej taką trochę pocztówkową destynację turystyczną.
large_90_P1099276.jpg
Do gustu przypadła nam knajpa, gdzie puszczano muzykę reagge.
P1119344.jpgP1109300.jpg
Dwa i pół dnia na wyspie szybko upłynęło na wypoczynku, czytaniu czy obserwacji ryb i jeżowców w wodzie (każdy znalazł coś dla siebie). Ostatniego dnia coponiektórzy z nas wyprawili się przez las na plażę na południowym wybrzeżu. Deweloper budowanego nad nią osiedla bungalowów pofolgował swej fantazji i skromnie nazwał ją rajem ("Paradise").
90_P1119329.jpgP1119336.jpg
W Tajlandii spróbowaliśmy kilku nowych owoców. Jednym z nich był pochodzący z pogranicza brazylijsko-argentyńskiego owoc męczennicy jadalnej (marakuja, passion fruit). Pod twardą żółtą skórką znajdował się słodki a zarazem mocno kwaśny miąższ otaczający pestki przypominające żabi skrzek.
90_P1079231.jpg
Owoc mangostanu właściwego był w moim odczuciu bardziej słodki i smaczny.
P1049085.jpg
Ostatnią nowością było dla nas podłużne liczi w cienkiej choć twardej i włochatej skórce.
90_P1049087.jpg
Po powrocie do Krabi (reszta wycieczki została na lotnisku w Krabi by wrócić do Europy przez Bangkok) zobaczyliśmy na podwórku naszego hostelu pochodzące z Indii drzewo chlebowca różnolistnego (jackfruit), którego owoców pierwszy raz spróbowaliśmy w Rangunie.
90_P1129360.jpg
Wieczorem wybraliśmy się na nocny rynek w Krabi zjeść kolację.
P1129373.jpg
W drodze z Krabi do Singapuru mogliśmy zobaczyć naszą wyspę Koh Ngai (malutka podłużna wysepka pod prawą częścią skrzydła).
P1139376.jpg

Posted by Jakub W 02:57 Archived in Thailand Tagged tajlandia ao_nang koh_ngai Comments (0)

Północna Tajlandia

Jaskinia i wzgórza krasowe

overcast 24 °C

Z Chiang Mai pojechaliśmy vanem na północ kraju pod granicę z Mjanmą, do miejscowości Ban Thamlod. W przygranicznej miejscowości wybraliśmy się do krasowej jaskini, którą płynie rzeka, oraz na jednodniowy trek do sąsiedniej wioski.


W Ban Thamlod zatrzymaliśmy się w bungalowach Pencave prowadzonych przez sympatyczną właścicielkę Pen, która w dodatku bardzo smacznie dla nas gotowała.
P1069220.jpgP1049096.jpg
Mieszkańcy Ban Thamlod należą do mniejszości etnicznej Szan, rozproszonej na pograniczu birmańsko-tajskim. Wśród okolicznych krasowych formacji skalnych wyróżniała się podziemna rzeka przepływająca przez jaskinię Lod. Do jaskini można było wejść jedynie w towarzystwie przewodniczki z latarnią, a wejściówka obejmowała także przepłynięcie bambusową tratwą na drugi koniec jaskini. Sklepienie jaskini, długiej na kilkaset metrów, przy wejściu rzeki znajdowało się jakieś trzy metry nad lustrem wody, a przy wyjściu było wysokie na przynajmniej dwadzieścia metrów. Płynąc tratwą, można było odnieść wrażenie przemieszczania się przez wysoką katedrę, w której od ścian odbijało się echo pisku przelatujących nad głowami nietoperzy. Jak się dowiedzieliśmy, jaskinia była zarządzana przez radę wioski. Każda mieszkająca we wiosce rodzina miała prawo wysłać jedną kobietę do oprowadzania po jaskini turystów i jednego mężczyznę do obsługi tratwy.
P1049112.jpg90_P1049114.jpg
Z Ban Thamlod wybraliśmy się na jednodniowy trek do pobliskiej wsi Ban Muangphaem zamieszkanej przez przedstawicieli mniejszości etnicznej Karen, która ponoć 300 lat temu przybyła z Tybetu na pogranicze Tajlandii i Birmy. Naszym przewodnikiem był 55-letni Piaza. Mimo, że ukończył jedynie 4-letnią szkołę podstawową posługiwał się nadzwyczaj dobrym angielskim, którego nauczył się rozmawiając z obcokrajowcami. Dołączyła do nas Lindsey, Amerykanka mieszkająca na Alasce.
90_P1059137.jpgP1059162.jpg
Całą drogę wiernie towarzyszył nam Milki (ochrzczony przez Dawida z francuska Antoine), czyli pies właścicielki Pencave. Spragniony towarzystwa do przygód, większą część czasu spędzał przy bramie wejściowej czekając by wymknąć się z wychodzącymi gośćmi. Już w drodze z nami, pieszczoty oferowane przez mijaną grupę turystów przekupiły go tylko na chwilę. Gdy wydawało się, że ginął, po chwili wyłaniał się z buszu. W Ban Muangphaem zdecydował się upolować koguta a my zgadywaliśmy dlaczego upatrzył sobie tego a nie innego: biedny na wpół obskubany ptak uciekał gdzie pieprz rośnie, kiedy przewodnik przywołał Milkiego do porządku za pomocą kija. Gdy na łące mijaliśmy stado krów, Milki obszczekał cielaki zmuszając krowy do reakcji.
90_P1049100.jpg
Aby dotrzeć do Ban Muangphaem musieliśmy pokonać czterystumetrową górę porośniętą rzadkim suchym lasem, w którym drzewa przypominały nasze domowe fikusy. To drzewa, których duże liście używane są do pokrywania dachów we wsiach oraz drzewo tekowe, którego cenne drewno służy do budowy domów, statków i produkcji mebli. Podobnie jak w Mjanmie, mieszkańcy wywierają presję ekologiczną na okoliczne lasy trzebiąc zwierzynę, nielegalnie wycinając drzewo tekowe i wypalając sciółkę.
P1059136.jpg
Nasz przewodnik opowiadał nam o tajskiej rzeczywistości. Coraz więcej młodych Tajów kończy studia, ale mają trudności ze znalezieniem pracy. Wielu chce pracować na państwowej posadzie (w edukacji, służbie zdrowia, armii czy służbach porządkowych) gwarantującej emeryturę po 60-tym roku życia (rząd planuje obecnie podniesienie wieku emerytalnego do 65 lat). Prawo do emerytury można też uzyskać pracując w dużej firmie prywatnej (np. Toyota czy Suzuki), jednak większość populacji, czyli samozatrudnieni czy pracujący w małych przedsiębiorstwach, na stare lata musi liczyć na opiekę dzieci.
90_P1059184.jpg
Wieś Ban Muangphaem przypomniała nam wsie widziane podczas treków w Mjanmie. Kobiety z chustami fantazyjnie obwiązanymi na głowach, bambusowe i drewniane domy, suszące się w obejściach pranie, przydomowe murowane latryny to na pewno cechy wspólne. Jednak bieżąca woda w toalecie czy asfaltowa droga dociągnięta do wsi świadczyły o trochę wyższym standardzie życia. Powiedziano nam, że woda i elektryczność zostały doprowadzone dziesięć lat temu po wizycie królowej Tajlandii, która zapytała mieszkańców czego im brakuje. W porównaniu do Mjanmy można było w rozmowach wyczuć więcej zaufania do aparatu państwa: czasy kiedy armia tajska docierała do wsi konno, ubijała zwierzęta hodowlane, a miejscowi chowali się w tym czasie po okolicznych lasach, już się tu skończyły.
P1059179.jpgP1059180.jpgP1059185.jpg
We wsi zatrzymaliśmy się w domu Piazy. Był parterowy, zbudowany na drewnianych palach, wchodziło się do niego po kilku schodach. Po lewej stronie mieściło się pomieszczenie kuchenne o bambusowych ścianach, po prawej drewniana część domu z lodówką, telewizorem i rozłożonym na podłodze materacem. Piaza stopniowo budował drewnianą część domu 30 lat temu, ściana po ścianie. W domu mieszkała jeszcze żona i 93-letnia matka. Córka i syn wyjechali za pracą do pobliskich miast, gdzie mieszkają z dwiema wnuczkami.
P1059175.jpgP1059178.jpg
Do pensjonatu Pencave wróciliśmy doliną rzeki. Kilkanaście razy brodziliśmy po kolana przeprawiając się przez wodę. O suchej porze roku nurt był wystarczająco słaby, aby nikt się nie wywrócił.
P1059197.jpg

Posted by Jakub W 22:47 Archived in Thailand Comments (0)

Gotowanie w Chiang Mai

Lekcja kuchni tajskiej

semi-overcast 26 °C

Drugiego stycznia lecieliśmy z Bangkoku do Chiang Mai spotkać się z Leatitią, Gregiem, Samantą i Rafaelem. Poza zwiedzaniem i lekcją gotowania, Chiang Mai, posłużyło nam za bazę wypadową do wyprawy na północny skrawek Tajlandii.


W porównaniu do turystycznych miast Kambodży, Chiang Mai wydawało się nam czystsze, mniej w nim było blaszanych konstrukcji (praktycznie tylko murowane budynki), z wąskimi ale jednak chodnikami, bardziej eleganckimi restauracjami a wieczorem było w większym stopniu rozświetlone neonami. Drugą stroną medalu był wyższy stopień komercjalizacji, tłumy turystów gromadzące się przy atrakcjach turystycznych, a także widoczna w większym stopniu prostytucja (miasto było pełne salonów tatuażu, masażu, a niektóre ulice masażu-masażu).
P1039075.jpgP1028999.jpg
W Chiang Mai zapisaliśmy się wspólnie na poranny kurs gotowania w Thai Cottage Home Cookery School. Zaczęliśmy od wizyty na rynku, gdzie nasza instruktorka Kat objaśniała nam jakich składników używa się w lokalnej kuchni. Rynek też okazał się bardziej schludny niż te, które dotychczas widzieliśmy w sąsiednich krajach.
90_P1039007.jpg
Już na wstępie zdaliśmy sobie sprawę, że nie będziemy w stanie przygotować podobnych potraw w Europie. Wśród składników niezbędnych do przygotowania curry czy pad thai było kilka rodzajów imbiru czy bakłażana. Ewentualnie można spróbować zastąpić niektóre składniki albo kupić je w sklepie azjatyckim.
P1039008.jpgP1039010.jpg
W szkółce gotowania ekipa zabrała się ostro do pracy.
90_P1039038.jpg90_P1039030.jpg
Wpierw przygotowaliśmy składniki zielonego curry. Pastę curry można kupić w sklepie, ale Kat przygotowała ją z nami od podstaw. Zaczęliśmy od zmielenia w jednym naczyniu ćwierć łyżeczki czarnego pieprzu, pół łyżeczki kminku i łyżeczki ziaren kolendry (wszystkie ilości są policzone na danie dla jednej osoby). Następnie pokroiliśmy na kawałki jedną lub dwie małe zielone papryczki czili (miłośnicy ostrych dań zadowolą się pewnie dwiema lub trzema), ząbek czosnku, odpowiednik łyżeczki czosnku askalońskiego (shallots), pół łyżeczki trawy cytrynowej, pół łyżeczki imbiru tajskiego galanga, pół łyżeczki korzenia kolendry, ćwierć łyżeczki skórki limonki (lub idealnie limonki kaffir, czymkolwiek ona jest), i pół łyżeczki szafranu (przygotowane pokrojone składniki na zdjęciu poniżej).
P1039021.jpg
Zawartość talerzyka dorzuciliśmy do uprzednio zmielonych ziaren i wszystko utarliśmy aż do uzyskania jednorodnej masy. Na koniec dodaliśmy ćwierć łyżeczki pasty krewetkowej, znowu zmieszaliśmy i pasta curry była gotowa. Czerwone curry przygotowuje się w podobny sposób, tyle że zamiast zielonych używa się czerwonych papryczek, a ponadto nie dodaje się szafranu. Efekty w postaci gotowej pasty i warzyw wyglądały jak niżej. Dalej przeszliśmy do gotowania. Pastę curry wrzuciliśmy na rozgrzany na małym ogniu wok. Kiedy zaczęła się gotować dolaliśmy trochę mleczka kokosowego aby pasta się nie przypaliła. Następnie dorzuciliśmy 50 gramów pokrojonej piersi kurczaka i mieszaliśmy, mieszaliśmy. Kiedy kurczak był biały, dolaliśmy resztę mleka kokosowego (razem półtorej szklanki), dorzuciliśmy 30 gramów pokrojonego bakłażana, 30 gramów miniaturowych kolb kukurydzy (lub pokrojonej marchewki) i liść cytrynowca (idealnie limonki kaffir). Na koniec posypaliśmy świeżymi liśćmi bazylii i wyłączyliśmy ogień.
P1039035.jpg
Później zabraliśmy się za składniki zupy z mleczka kokosowego z kurczakiem. Na talerzu przygotowaliśmy pokrojone składniki niejadalne a dodawane dla smaku: dwa liście cytrynowca (trzeba je było złożyć na pół, tak żeby wyrwać i wyrzucić nerw liścia), trzy lub cztery plastry imbiru tajskiego galanga, pokrojony kawałek twardej trawy cytrynowej (gdzie to wszystko znaleźć w Europie?) oraz jedną, dwie lub trzy małe papryczki czili. Ponadto poszatkowaliśmy natkę kolendry oraz pokroiliśmy po 30 gramów pomidorów, cebuli i grzybów (składniki na zdjęciu poniżej). W garnku zagotowaliśmy półtorej szklanki mleka kokosowego i wrzuciliśmy wszystkie niejadalne składniki czekając aż do ich zagotowania. Następnie do wywaru dorzuciliśmy 50 gramów piersi kurczaka pokrojonej w 3-centymetrowe kawałki, oraz cebulę i grzyby. Po kilku minutach dodaliśmy pomidory, do smaku dolaliśmy łyżeczkę sosu rybnego (lub sojowego), łyżeczkę soku z cytryny, wyłączyliśmy gaz i posypaliśmy kolendrą.
P1039037.jpg
Kolejnym daniem, które gotowaliśmy, był tajski smażony makaron z kurczakiem (pad thai). Wpierw na talerzyku przygotowaliśmy pokrojone tofu (twarożek sojowy, kolejny składnik często używany w kuchni azjatyckiej), pokrojony ząbek czosnku, oraz garść kiełków soji (lub krojonej kapusty) i dwie natki młodej cebuli poszatkowane na 3-centymetrowe kawałki. W osobnym naczyniu zmieszaliśmy sos ostrygowy (półtorej łyżeczki), sos rybny (pół łyżeczki), odrobinę cukru i rozwodniliśmy całość. Sos ostrygowy można zastąpić sosem grzybowym a rybny sojowym. Składniki pad thai widać na zdjęciu poniżej.
P1039036.jpg
Gotowanie na woku zaczęliśmy od przysmażenia tofu (aby zarumienić), następnie dodaliśmy czosnek, a po chwili kilka kostek z piersi kurczaka (50 g na osobę). Gdy kurczak był ugotowany wrzuciliśmy cienki makaron ryżowy (50 g) i wlaliśmy ćwierć szklanki wody, mieszając aż makaron zmięknie. Później dodaliśmy przygotowany sos i zamieszaliśmy. Następnym dodanym składnikiem było jajko (trzeba rozmieszać), a na końcu kiełki i szczypiorek. Zaletą woku jest możliwość oddzielenia usmażonych już składników na brzegu w celu odsączenia oleju: na płaskiej patelni na pewno trudniej to zrobić. Efekty gotowania (pad thai, zupa i curry) wyglądały jak na zdjęciu poniżej.
P1039047.jpgP1039048.jpg
W Chiang Mai poszedłem zobaczyć trzy świątynie. Zadbane i wypucowane, przypominały w dużej mierze te w sąsiedniej Mjanmie (złocone pagody czy masywna ceglana świątynia na planie kwadratu z czterema fasadami).
90_P1039068.jpg90_P1039080.jpg
Wieczorem wybraliśmy się zjeść na tak zwany nocny rynek. Wśród dziesiątków straganów z pamiątkami i setek turystów udało się nam znaleźć mały placyk gdzie serwowano jedzenie: ryż, makaron a nawet kebab.

Posted by Jakub W 21:39 Archived in Thailand Tagged chiang_mai pad_thai curry kuchnia_tajska Comments (0)

Sylwester w Bangkoku

Powitanie Nowego Roku

overcast 28 °C


Do Bangkoku jechaliśmy z Sihanoukville w Kambodży. Okazało się, że autobus nocny jechał okrężną trasą przez Phnom Penh i Battambang. Na szczęście w autobusie były łóżka zamiast siedzeń, choć niestety rozmiaru kambodżańskiego. O 9-tej rano, po 14 godzinach podróży, dotarliśmy do granicznej miejscowości Poi Pet, gdzie kazano nam wysiąść, zabrać bagaże i przejść na tajską stronę granicy. Po wpół nie przespanej nocy miasto graniczne sprawiało wrażenie totalnego chaosu. Na ulicy piesi mieszali się z tuktukami, samochodami, motocyklami i ludźmi ciągnącymi drewniane wozy, na poboczu zalegały śmieci. Do tego trzeba dodać czyhających na turystów naciągaczy, sprzedających fikcyjne przepustki pozwalające niby załatwić formalności graniczne. Po kontroli paszportów po stronie kambodżańskiej kolejne kilkaset metrów szliśmy między kilkupiętrowymi kasynami: poza prostytucją hazard jest podobno sporym źródłem zarobku przygranicznych regionów Kambodży.
PC298853.jpg
Tajlandia okazała się bardziej rozwinięta niż Kambodża czy Mjanma. Do Bangkoku wiodła dwupasmowa droga ze skrzyżowaniami w poziomie jezdni, ruch samochodowy był dużo większy, przydrożne toalety czystsze. Z kolei Tajowie w porównaniu do Kambodżan czy mieszkańców Mjanmy jakby bardziej powściągliwi, choć w większości też uśmiechający się. W busie wiozącym nas od granicy do Bangkoku zaprzyjaźniliśmy się z Francuzką Nadią.
PC308855.jpg90_PC308854.jpg
Na pierwszy rzut oka Bangkok wydał się nam podobny do Kuala Lumpur (cechy wspólne to miejska kolej poprowadzona nad ziemią na betonowych słupach, mnóstwo wysokich budynków i centrów handlowych), jednak okazał się dużo większy. W porównaniu do Kambodży, tutejsze tuktuki musiały być wyposażone w lepsze silniki, bo osiągały prędkości, o jakich kambodżańscy kierowcy mogliby tylko pomarzyć.
90_P1018974.jpgPC308857.jpgPC318944.jpg
Na miejscu odkryliśmy, że nasz hotel Pinnacle Sukhumvit Inn znajdował się w dzielnicy arabskiej. Po samym ubiorze było widać, że wielu arabskich turystów i turystek przylatuje do Bangkoku pooddychać powietrzem swobodniejszym niż w ich ojczyznach.
PC318947.jpg
Wieczorem spotkaliśmy się z Elisavetą, która przyleciała tu na Nowy Rok z Bangladeszu.
PC308862.jpg
Nazajutrz, 31 grudnia, wybraliśmy się zobaczyć pałac królewski i położone przy nim świątynie. Za transport posłużył nam tramwaj wodny łączący dzielnice miasta leżące wzdłuż kanału. Trzeba było uważać, żeby nie dać się ochlapać, bo woda w kanale mocno cuchnęła.
PC318867.jpgPC318871.jpgPC318874.jpg
W drodze do pałacu zjedliśmy śniadanie w rozkładanej na chodniku knajpce: rosół z makaronem i mięsnym wsadem, w tym kurzą stopką. Smakowała trochę jak miękka chrząstka kurczaka.
270_PC318879.jpg
Pod pałacem królewskim zastaliśmy tłumy: tysiące Tajów ubranych na czarno zbierały się, żeby przemaszerować ku czci króla zmarłego w październiku 2016 roku. Większość niosła portrety monarchy. Ponadto w mieście widzieliśmy wiele ogromnych murali kondolencyjnych (czy osób ubranych w czarne koszulki) z napisem: urodziliśmy się za panowania króla Bhumibola Adulyadej'a. Król panował 70 lat, więc mało kto pamięta inne czasy. W Tajlandii za obrazę królewskiego majestatu można łatwo trafić do więzienia, ale żal po królu wyglądał w dużej mierze na szczery. Przestrzenie pod pałacem przywodziły na myśl plac Tienanmen w Pekinie, z kolei architektura okolicznych ministerstw na pierwszy rzut oka wyglądała jak odmiana neoklasycystycznej architektury rosyjskiej.
PC318883.jpgPC318886.jpg
Choć historia królestw tajskich rozwinęła się na dobre już w XIII wieku na gruzach imperium khmerskiego, Bangkok został stolicą dopiero w 1782 roku, po inwazjach ze strony Birmańczyków. Pałac królewski i przylegające do niego świątynie powstawały zatem od tego czasu, głównie w XIX wieku.
Spodobał się nam przypałacowy kompleks świątynny Wat Phra Kaew. Poza świątynią zawierającą posąg szmaragdowego Buddy, znajdowały się tam inne budynki, w tym skarbnica świętych pism buddyjskich.
PC318892.jpg90_PC318891.jpg
Znaleźliśmy nawet miniaturę Angkor Wat.
PC318895.jpg90_PC318900.jpg
Z pałacu poszliśmy w stronę dzielnicy chińskiej aby metrem i koleją nadziemną dojechać na targ, gdzie byliśmy umówieni z Elisavetą. Nie doceniliśmy jednak rozmiarów miasta i spóźniliśmy się na spotkanie. Trafiliśmy za to w wąskie alejki chińskiego targowiska ze stoiskami z żywnością. Na stoiskach były rozłożone ryby i owoce morza, na hakach wisiały wędzone kaczki, wieprzowina (łącznie ze świńskimi ryjami), czy inne smażone przysmaki.
PC318922.jpgPC318921.jpgPC318919.jpg
Na Sylwestra wyszliśmy w miasto. Nie rezerwowaliśmy żadnego miejsca. Po kolacji w mieszczącej się w hangarze restauracji serwującej ryby, owoce morza i inne tajskie przysmaki pojechaliśmy nadziemnmym metrem a dalej statkiem na nabrzeże rzeczne, gdzie miały mieć miejsce noworoczne celebracje. Okazało się, że trafiliśmy do czegoś podobnego do centrum handlowego, gdzie w kilku knajpach grano na żywo covery znanych przebojów.
90_P1018991.jpgPC318960.jpg
W mieście uderzyła mnie samodyscyplina Tajów. Ludzie ustawiali się w kolejki aby wejść do wagonów metra. Pomagały im w tym wymalowane na podłodze strzałki informujące, w którym miejscu otwierają się drzwi. Takie zachowanie byłoby nie do pomyślenia n.p. w Chinach, gdzie przy wejściu do metra panuje zasada "kto pierwszy ten lepszy". Nie widziałem też żadnych alkoholowych ekscesów, mimo opini Bangkoku jako rozrywkowego miasta. Tylko jedna nastolatka zwymiotowała na stojąco w centrum handlowym tuż przed północą, po czym speszona zdegustowanymi spojrzeniami grzecznie, choć trochę bez wprawy, posprzątała swoje wymiociny do plastikowej torebki.
PC318927.jpg
W Nowy Rok szwędaliśmy się po mieście. Na obiad pojechaliśmy z Elisavetą zjeść na targu w chińskiej dzielnicy. Na kolację dołączył do nas Norbert, który akurat przyleciał na wakacje do Tajlandii.
P1018988.jpg

Posted by Jakub W 10:30 Archived in Thailand Comments (0)

Boże Narodzenie na Koh Rong

Ostatnie dni idylli

sunny 30 °C

Z naszego bungalowu w Sao Guesthouse na wyspie Koh Rong mieliśmy do morza dwa metry w trakcie przypływu i dwadzieścia w trakcie odpływu. Wystarczyło otworzyć drzwi by zobaczyć fale.
PC198599.jpg90_PC258768.jpg
W środku mieliśmy prywatną łazienkę i dwa łóżka z moskitierą. Dwie ostatnie noce na wyspie spaliśmy jednak w innym miejscu, bo Sao było zajęte. Nowy bungalow wyglądał w środku niemal identycznie jak pierwszy, tyle że był indywidualny i położony trochę dalej od morza. W nocy nie było słychać fal czy uderzającej o brzeg wody. Za to przed szóstą rano okoliczne koguty stawały w konkury, który donośniej pieje.
90_PC258758.jpgPC268774.jpg
Luksusy na wyspie nie kończyły się na noclegu. Dzień zazwyczaj zaczynaliśmy od jajek z pomidorami we włoskiej knajpie Eat Love Pray. Czwartego dnia bardzo skądinąd sympatyczni kelnerzy zrozumieli, że Dawid nie słodzi kawy a pomidory zamiast z nadmiarem soli lepiej smakują z oliwą. Po późniejszej kąpieli w morzu i ewentualnym łapaniu internetu pod hotelem, lub bardziej oficjalnie w jego barze, obiad lub kolację zazwyczaj jedliśmy w jednej z nadmorskich restauracji serwujących świeże ryby i kalmary. Ceny, choć wyższe niż w lądowej części Kambodży, wciąż były niższe niż w Polsce czy na pewno Belgii.
PC218669.jpg90_PC188589.jpg
Kolację wigilijną zjedliśmy w restauracji Soksan Beach Bungalows, prowadzonej przez uroczą właścicielkę. Kilka dni później spotkaliśmy też tam bardzo sympatyczną parę z Polski: Izę z Trójmiasta i Piotra z Poznania. Świąteczny obiad wyglądał jednak skromniej: zupa z makaronem i zapychanie żołądka czipsami (Dawid się dopytywał czy nie maluję w zbyt różowych barwach i czy na pewno nie ominąłem tego wątku).
PC248750.jpgPC188593.jpg
Jednego z dni pobytu na wyspie wybraliśmy się na spacer wzdłuż morza w poszukiwaniu małej zatoczki, w której podobno można było obejrzeć kilka korali. Samej zatoczki początkowo nie znaleźliśmy, mogliśmy za to zobaczyć jak piękne kamieniste wybrzeże jest usłane plastikowymi śmieciami wyrzuconymi przez morze (poza wszędobylskim plastikiem innymi plagami trapiącymi okoliczne środowisko naturalne jest połów ryb na przemysłową skalę i nielegalna wycinka drzew w dżungli). Gdy ścieżka, którą szliśmy przez las i zarośla, zrobiła się wystarczająco wąska, zawróciliśmy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w gospodarstwie sprzedającym kokosy. Za pomocą pięciometrowego kija z hakiem, gospodyni zerwała nam kokosa prosto z palmy.
90_PC248738.jpg90_PC248739.jpg
Zanim usiedliśmy wypić kokosowy sok, podszedł do nas jej mniej więcej czteroletni synek z garścią muszelek i zwitkiem banknotów w dłoni. Zastanowiło nas czy przypadkiem nie jest przyuczany do żebrania od turystów. Z dziećmi sprzedającymi pocztówki czy pamiątki turystyczne spotkaliśmy się zarówno w Nepalu jak i Mjanmie, jednak w Kambodży to zjawisko wydawało się nam najbardziej nasilone, łącznie z żebraniem przez dzieci (choć może to być po prostu efekt zwiedzania turystycznego Angkor Wat, które od dawna jest otwarte na turystykę i nie odzwierciedla sytuacji w pozostałej części kraju). W przewodnikach i informatorach dla turystów czytaliśmy, że od dzieci nie powinno się niczego kupować,  bo łatwy zarobek często zniechęca je do chodzenia do szkoły...
90_PC248740.jpg
Dzieciństwo w Kambodży, Nepalu czy Mjanmie kończy się dużo szybciej niż w Europie. Na wyspie zaskoczyło nas, że dzieci same wypływają łodzią motorową na morze łowić ryby: siedząc pewnego razu w nadmorskiej restauracji w porze wczesnego obiadu zobaczyliśmy jak piątka dzieci (może trzynastoletni chłopiec, trzy dziewczynki w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat, i mały pięciolatek) przyniosła sieci rybackie, wsiadła do łodzi i wypłynęła w morze. Widzieliśmy je jak wracają z koszem z rybami wieczorem, po zapadnięciu zmroku. Trzeba jednak przyznać, że mniejsze dzieci na wyspie biegały, psociły i bawiły się w najlepsze. Wraz ze zmianą modelu rodziny z wielodzietnego na jedno- czy dwudzietny mogliśmy też zaobserwować jak pociechy były rozpieszczane przez rodziców czy babcie (n.p. Ola z Hansem na pewno pamiętają "wyjca" w gospodarstwie turystycznym nad jeziorem Begnas w Nepalu).
90_PC228716.jpg
Jedna z restauracji na wyspie była prowadzona przez transseksualistki. Odnosiliśmy wrażenie, że czuły i zachowywały się we wsi całkiem swobodnie, na pewno dużo bardziej niż mogłyby w Polsce. W ogóle, jeśli chodzi o tolerancję w Azji Południowo-Wschodniej, nasze obawy związane z podróżowaniem we dwóch z Dawidem jako para nie sprawdziły się. Może to dlatego, że choć często wynajmowaliśmy pokoje z jednym łóżkiem, zachowywaliśmy się dyskretnie? W muzułmańskiej Malezji nikt nigdy nie zwracał nam uwagi jaki pokój wynajmujemy. W Nepalu czasem padało pytanie are you brothers? choć uśmiech na twarzy zdradzał, że byliśmy pytani raczej o to czy jesteśmy parą. Nasze odpowiedzi były wymijające. Na wyspie Langkawi w Malezji kelnerka w jednej z restauracji zapytała nas otwarcie czy jesteśmy parą, jednak był to początek naszej podróży, więc stwierdziliśmy że w muzułmańskim kraju bezpieczniej będzie odpowiedzieć: "nie". Nasza odpowiedź chyba jej nie przekonała, podejrzewałem, że była lesbijką, trochę żałuję, że nie podjąłem z nią wówczas bliższej rozmowy.
PC228720.jpgPC228723.jpg
Przedostatniego dnia na wyspie popłynęliśmy drugi raz z Lajem łowić ryby. Przy okazji zobaczyliśmy niewielką nadmorską jaskinię, w której spały nietoperze: Dawid został w tym momencie "kapitanem" i pilnował by łódka nie rozbiła się o kamienie. Zatrzymaliśmy się też przy niewielkiej plaży, gdzie kręcone były odcinki francuskiego survivalowego telereality "Koh Lanta". Dowiedzieliśmy się, że dla jeszcze bardziej spragnionych przygody turystów Laj organizuje treki przez dżunglę z noclegiem na tej właśnie plaży (pod namiotem z ogromnych palmowych liści).
large_PC268817.jpgPC268802.jpgPC268832.jpg
Po dziesięciu dniach na wyspie przyszedł koniec idylli. Wpierw łodzią, później wodolotem wróciliśmy na kontynent. Fale tego dnia były na tyle duże, że wszyscy pasażerowie łodzi wyszli na pomost w Koh Tuigh cali mokrzy. Po powrocie wodolotem do Sihanoukville mieliśmy zadanie: znaleźć bilety autobusowe do Bangkoku. Jednak w trakcie całej naszej podróży zaskakiwała nas łatwość z jaką można było kupić bilety: często usługa transportowa, jakiej potrzebujesz znajduje Ciebie sama, wcale nie trzeba jej szukać. W turystycznych miejscowościach biura podróży od prostej zadaszonej przyulicznej wnęki ze stołem obwieszonej plakatami reklamowymi po zwykły stolik wystawiony przed sklepem, konkurują między sobą, choć oferowane ceny rzadko odbiegają od siebie. Bilet na autobus często obejmuje odbiór tuktukiem czy minibusem spod miejsca noclegu. Do tej pory przypomina się nam z Dawidem pewna mocno zaniepokojona pani podróżująca w Mjanmie, która kilka razy dopytywała się kierowcy odbierającego ją spod hotelu tuktuka czy to nie on będzie wiózł ją przez następne kilkaset kilometrów, skoro kupiła bilet na autobus...
PC288847.jpg

Posted by Jakub W 00:30 Archived in Cambodia Tagged kambodza koh_rong soksan Comments (2)

(Entries 26 - 30 of 49) « Page 1 2 3 4 5 [6] 7 8 9 10 »