A Travellerspoint blog

Wyspa Koh Rong

Nad morzem w Kambodży

semi-overcast 30 °C

Święta Bożego Narodzenia zaplanowaliśmy spędzić u wybrzeży Kambodży na wyspie Koh Rong, gdzie masowa turystyka nie zdążyła jeszcze rozwinąć się na dobre.


W sobotę cały dzień jechaliśmy autobusem z Battambangu do Sihanoukville, z przesiadką w Phnom Penh. Ze stolicy Kambodży wyjeżdżaliśmy w godzinach szczytu, razem z mieszkańcami wracającymi z pracy.
20161217_170917.jpg20161217_171218.jpg
Miasto Sihanoukville wyglądało jak turystyczna miejscowość nad morzem w południowej Europie. Na wyspę Koh Rong przypłynęliśmy z Sihanoukville wodolotem, do miejscowości Koh Tuigh. Stamtąd musieliśmy dotrzeć do naszego hostelu Sao w miejscowości Soksan leżącej po drugiej stronie wyspy.  Wykluczyliśmy ponadgodzinną wyprawę piechotą z plecakami w słońcu. Na pomoście, do którego dotarliśmy wodolotem, transportu do Soksan szukała para z Londynu: Polka Iza i Brytyjczyk Rob. Wspólnie znaleźliśmy łódkę, a rejs do Soksan minął w oka mgnieniu między szotami rumu, którym częstowali nas Iza z Robem.
PC188576.jpgPC188564.jpgPC188570.jpg
Nazajutrz spotkaliśmy się na oglądanie zachodu słońca na plaży i na kolację, świętować urodziny Roba.
PC198629.jpg
Przy rezerwacji naszego bungalowu mieliśmy trochę szczęścia. Okazało się, że w przeciwieństwie do Koh Tuigh, gdzie trafiają turyści szukający rozrywki w barach i dyskotekach, Soksan jest spokojne i leży na krańcu najdłuższej na wyspie plaży Long Beach o pięknie białym piasku. Tym większe było nasze zaskoczenie, gdy pierwszego wieczoru nie dawały nam zasnąć odgłosy pobliskiej jakby housowej dyskoteki. Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że to impreza miejscowych, którzy świętowali właśnie przyznane im przez państwo prawo własności do ich działek. Jeszcze dwadzieścia kilka lat temu wyspa była praktycznie niezamieszkana ze względu na niebezpieczne tropikalne choroby, więc większość mieszkańców osiedliła się tu w ostatnich latach w poszukiwaniu zarobku z turystyki. Ponadto w Kambodży normą są tymczasowe prawa własności, które mogą być przez państwo odebrane z dnia na dzień, stąd zrozumiała radość mieszkańców.
PC218683.jpgPC198616.jpgPC188580.jpg
W przeciwieństwie do wielu wysp w sąsiedniej Tajlandii, Koh Rong jest wciąż słabo zagospodarowana, porośnięta dżunglą i praktycznie niedostępna dla samochodów. Ekipy telewizyjne z Francji czy Stanów Zjednoczonych kręcą tu survivalowe telereality, n.p. Koh Lanta. Drugiego dnia przez dżunglę wybraliśmy się na położoną na zachodnim krańcu wyspy plażę Bai Cheap.
PC208653.jpg
Do celu dotarliśmy po dwóch godzinach marszu wąską ścieżką przez gęstwiny w asyście gwiżdżących niczym alarm cykad (podobne towarzyszyły nam nad jeziorem Begnas w Nepalu). Po drodze napotkaliśmy niewielkiego czerwonego węża, który na pewien czas wzmożył naszą czujność: na wyspie żyją bardzo jadowite kobry i inne węże, które, jak nam powiedziano, w ciągu dnia stronią od kontaktu z ludźmi, a niebezpieczne są przede wszystkim wieczorem i w nocy.
90_PC208655.jpg
Trzeciego dnia poznaliśmy młode małżeństwo Kambodżan: Li (żona) i Laj (mąż). Nasz bungalow znajdował się na samym krańcu wioski, u ujścia laguny do morza. W drodze przez wioskę na śniadanie zobaczyliśmy, że sąsiedzi oferowali w atrakcyjnej cenie popołudniową wyprawę na łowienie ryb na morzu. Kiedy ujrzeliśmy łódź, która miała nas zabrać, trochę się przestraszyliśmy.
PC218688.jpg
Okazało się, że Laj zbudował łódź własnoręcznie ze znalezionych w okolicy desek i kawałków styropianu: miała metr szerokości i może cztery długości i rozciągnięty na czterech kijach materiał chroniący przed słońcem. Laj i Li mieszkali na wyspie od siedmiu miesięcy, mieli czteromiesięcznego synka. Rozkręcali akurat działalność turystyczną (poza łowieniem ryb, Laj oferował też wyprawy w dżunglę), na razie posiadali skromny stragan z napojami i owocami, myśleli w przyszłości otworzyć restaurację i może bungalow dla turystów.
90_PC218704.jpg
Ryby łapaliśmy tradycyjną metodą: spuszczaliśmy w głąb wody nawiniętą na plastikową butelkę żyłkę, do której przymocowane były dwa haczyki z zanętą i odważnik. Efekty były zaskakująco pozytywne: wieczorem kosz był wypełniony przynajmniej dwudziestoma rybami. Po pięknym zachodzie słońca na morzu, kiedy zrobiło się ciemno, wskoczyliśmy jeszcze do wody zobaczyć miejscowy plankton, czyli małe wodne świetliki, które "zapalają się" niczym iskierki w kontakcie z szybko poruszaną wodą: pływająca w ciemności osoba wygląda jakby puszczała iskry.
large_PC218708.jpgPC218700.jpg
Laj zaproponował wysadzić nas na plaży przed naszym bungalowem. Przygotowywałem się kilka chwil do skoku z łodzi na głęboką wodę, a okazało się że było jej podczas odpływu tylko po kolana. Dawid próbował sięgnąć stopą dna, nie udało mu się, spadł z łódki, przykryła go fala. Po sekundzie cały mokry wyłonił się z wody i tak doszliśmy na brzeg, prawie jak prawdziwi survivalowi turyści.
PC198597.jpg
Wieczorem Laj zaprosił nas na grillowane ryby. Usiedliśmy przed ich domkiem na plastikowych krzesłach rozstawionych na piasku, zamiast drzwi u wejścia wisiała kotara, obok stał stragan z owocami, a grilla zrobiliśmy nad małym wiaderkiem wypełnionym węglem. Obok nas szwędały się po ulicy, czy raczej chodniku biorąc pod uwagę rozmiary wsi, psy i szczenięta, sąsiedzi też jedli kolację przed ich drewnianymi domostwami, i tak w cieple wieczoru smakowaliśmy świeżych ryb z grilla.

Posted by Jakub W 21:59 Archived in Cambodia Tagged kambodza koh_rong soksan statek ryby Comments (0)

Atrakcje Battambangu

Trochę kambodżańskiej kultury, gastronomii i polityki

rain 28 °C

Battambang to drugie lub trzecie największe miasto Kambodży, z około dwustu tysiącami mieszkańców. Pod względem architektonicznym miasto nie miało w sobie nic nadzwyczajnego, choć Dawid znalazł tu swoje szczęście: w restauracji About the world serwowali pyszną tortilla de patatas czyli omlet hiszpański. Poza kilkoma atrakcjami dla turystów mogliśmy tu zobaczyć tradycyjne sposoby przygotowywania żywności i obejrzeć akrobatyczne przedstawienie teatralne.
90_PC158437.jpg90_PC148393.jpg90_PC158414.jpg
Tak zwany "pociąg bambusowy" (bamboo train) wcześniej używany do transportu ludzi i towarów stał się obecnie w Battambangu atrakcją turystyczną. Przypominał raczej drezynę: składał się z bambusowej platformy nakładanej na dwa zestawy kołowe (czyli po prostu koła połączone osią) i silnika spalinowego. W niecałą minutę można taki pojazd zdjąć z torów, aby przepuścić drugi nadjeżdżający z przeciwnego kierunku. Słyszeliśmy historie, że kiedy przed upowszechnieniem motocykli takie pojazdy były często używane do transportu ludzi, zdarzało się, że obładowaną workami ryżu platformę trzeba było szybko zdejmować z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. My jechaliśmy taką platformą w tą i z powrotem jakieś 40 minut: 20-30 kilometrów na godzinę przez zarośla i pola ze stukotem kół i wiatrem w uszach.
PC158403.jpgPC158410.jpg
Pod miastem mogliśmy zobaczyć także ruiny świątyni Wat Ek Phnom oraz kompleks świątyń buddyjskich na wzgórzu górującym nad jaskinią nietoperzy (góra Sampeou). Większość Kambodżan to wyznawcy buddyzmu, który jest przesiąknięty licznymi elementami hinduistycznymi. W porównaniu do mieszkańców Mjanmy wydają się przywiązywać do religii mniejszą wagę (mniej jest mnichów, ludzie nie noszą tradycyjnych ubrań, mniej jest pagód czy ołtarzyków, choć te, które widzieliśmy wyglądały na całkiem nowe). Może to efekt polityki Czerwonych Khmerów, którzy starali się wykorzenić tradycyjny styl życia?
90_PC158433.jpgPC158436.jpg
O zmierzchu oglądaliśmy spektakl wylotu tysięcy (niektórzy twierdzą, że milionów) nietoperzy z jaskini w górze Sampeou. W pewnym momencie, jak na zawołanie, nietoperze zaczęły wylatywać chmarą, jednak nie rozpierzchały się na wszystkie strony nieba, ale leciały razem, tworząc nad naszymi głowami wstęgę. Wylot trwał przynajmniej pół godziny, wyglądał niczym smuga dymu wydostającego się ze szczeliny w skale.
large_PC158457.jpg
Jeśli chodzi o odkrywanie lokalnej kuchni, spróbowaliśmy tu pysznego klejącego ryżu prosto ze straganu, gdzie został przyrządzony. Puste w środku kawałki bambusa zostały nafaszerowane mieszanką ryżu, mleka kokosowego i fasoli i pozostawione nad ogniem na dwie godziny. Zachwyt wielbicieli ryżu gwarantowany!
PC158416.jpgPC158415.jpg
Mogliśmy zobaczyć też proces produkcji placuszków ryżowych z cienkiego ciasta używanych do zawijania sajgonek. Placuszki były wyrabiane z wodnistej masy ryżowej, chwilę smażone na piecu opalanym otrębami ryżowymi, a następnie suszone na słońcu. Podobno sto placuszków jest sprzedawanych do restauracji za równowartość dwóch dolarów amerykańskich. Rolę ryżu w lokalnej diecie łatwo zrozumieć: połowa siły roboczej Kambodży to rolnicy a głównym produktem rolniczym jest oczywiście ryż.
90_PC158428.jpgPC158427.jpg
W Battambangu działa prężna instytucja artystyczna: Phare Ponleu Selpak. To szkoła, gdzie ponad tysiąc przedszkolaków, uczniów i studentów otrzymuje darmową edukację ogólną i artystyczną. Studenci malują, rzeźbią i przygotowują komercyjne przedstawienia, które można obejrzeć w sali teatralnej. My widzieliśmy akrobatyczną sztukę "Chills" z podkładem muzycznym na perkusji i cymbałach.
90_PC168461.jpg90_PC168472.jpg
Piętnastomilionowa Kambodża sąsiaduje z Tajlandią, Laosem i Wietnamem. Stosunki z Laosem są poprawne. Tajlandia i Wietnam to historyczni konkurenci. Kultura tajska podobno przejęła wiele elementów khmerskich już za czasów świetności Angkor Wat, a obecnie tysiące Kambodżan pracują w bogatszej Tajlandii. Relacje z Wietnamem są bardziej skomplikowane. Po upadku reżimu Czerwonych Khmerów na przełomie lat 70-tych i 80-tych rządy w Kambodży były pod kuratelą Wietnamu, co do tej pory wzbudza niechęć miejscowej ludności. Nasi przewodnicy czy kierowcy wypowiadali się negatywnie o geriatrycznym kierownictwie kambodżańskiego rządu, który podobno systematycznie zastrasza opozycję i przyznaje Wietnamowi nieuzasadnione przywileje. Przy głównych drogach kraju tablice z logo partii rządzącej są rozstawione ku pokrzepieniu serc co kilkaset metrów!
20161216_151603.jpg

Posted by Jakub W 06:09 Archived in Cambodia Comments (0)

Z Siem Reap do Battambang

Statkiem i tuktukiem przez Kambodżę

overcast 28 °C

W Kambodży, tak jak w innych krajach rozwijających się, istnieją ogromne różnice w poziomie życia mieszkańców. Odmienne oblicza wiejskiej Kambodży mogliśmy zobaczyć w okolicy Siem Reap i w drodze do Battambang.


Jadąc tuktukiem z Angkor Wat do świątyni Banteay Srei minęliśmy kilka wsi. Leżały przy dość ruchliwej asfaltowej drodze, którą przemieszczało się wielu turystów, przed domami stały liczne stragany z pamiątkami czy przekąskami. Większość domów miała betonową konstrukcję, ściany jeśli nie murowane, były wykonane z bambusa, drewna czy sidingu. Zazwyczaj niezabudowany parter służył za skład czy warsztat, często przewieszone były w nim hamaki czy suszyły się ubrania. Jak nam wytłumaczono, na zacienionym parterze jada się posiłki albo wypoczywa kiedy jest najgoręcej.
20161211_220758.jpg20161211_220640.jpg20161211_220536.jpg20161211_220153.jpg
Inne oblicze Kambodży zobaczyliśmy między Siem Reap a Battambang, dokąd przemieściliśmy się statkiem. Rano spod hotelu zabrał nas tuktuk. W punkcie zbiorczym przesiedliśmy się do busika. Gdy busik ruszał, znaleźli się turyści, których zapomniano odebrać spod ich hotelu, więc zrobiło się tłoczno. Po kilku kilometrach jazdy dotarliśmy do przystani u brzegu jeziora Tonle Sap.
PC138300.jpgPC138320.jpgPC138360.jpg
Powierzchnia jeziora zmienia się w zależności od pory roku: waha się między trzema a dwunastoma tysiącami kilometrów kwadratowych. Wypływająca z jeziora rzeka Tonle Sap jest dopływem Mekongu. Podczas pory deszczowej poziom wody w Mekongu jest na tyle wysoki, żeby na Tonle Sap nastąpiła cofka, a poziom wody w jeziorze podniósł się o kilka metrów. Miejscowi radzą sobie z problemem budując domy na palach oraz domy pływające na wodzie.
PC138344.jpg
Statek początkowo płynął przez namorzynowe zarośla, później otwarty akwen jeziora, a dalej rzeką, nad którą ulokowane były pływające wsie. Kapitan-kierowca klaksonem oznajmiał, że statek zbliża się do zabudowań, do statku podpływały łódki, z których wsiadali pasażerowie albo na które przeładowywano worki czy paczki.
PC138355.jpgPC138312.jpg
W grudniu poziom wody w jeziorze i jego dopływach jest zazwyczaj niższy niż w porze deszczowej ale wciąż pozwala na żeglugę. W pewnym momencie rzeka była całkowicie zarośnięta, kapitan dodawał gazu aby przebić się przez zarośla. W miarę jak płynęliśmy w mniej dostępne tereny, pływające domy stawały się coraz mniejsze i skromniejsze, na wpół otwarte i kryte nawet nie blachą falistą a plastikową folią. Przez otwory można było podejrzeć, że w środku nie ma mebli, a jedynie maty na podłodze czy przewieszony hamak. Na wyposażeniu kilka misek, plastikowych pojemników czy wiader. Najmniejsze domy były zbudowane według tego samego schematu: jedno pomieszczenie kryte dachem, na wpół otwarta kuchnia z paleniskiem na podłodze i przytwierdzona do domu sieć rybacka umocowana na bambusowym rusztowaniu, tak że w każdym momencie można ją zanurzyć albo wyciągnąć z wody licząc, że załapały się w nią ryby.
PC138363.jpgPC138376.jpgPC138372.jpg
Bliżej Battambangu rzeka otworzyła się, stała dostępna dla większych łodzi, a brzeg był wyższy. Pływających domów już tam nie widzieliśmy, za to ilość plastikowych odpadów w wodzie i na brzegach rosła w zastraszającym tempie. Tak jak w Nepalu czy Mjanmie (choć już nie Malezji) normą jest śmiecenie w błogiej nieświadomości: wyrzucanie wszelkich odpadków na ziemię czy do wody.

Posted by Jakub W 07:19 Archived in Cambodia Comments (0)

Angkor Wat

Ruiny, ruiny, ruiny, czyli świątynie w lesie

semi-overcast 30 °C

Kolejnym etapem naszej podróży po Mjanmie była Kambodża. Z Rangunu lecieliśmy przez Bangkok do Siem Reap, miasta położonego kilka kilometrów od świątyni Angkor Wat. Zaskoczenie było podwójne: tłumem turystów oraz faktem, że pierwsze skojarzenie z Angkor Wat, jakie zazwyczaj przychodzi nam do głowy, wcale nie jest związane z tą świątynią.


Kompleks Angkoru rozpościera się na przestrzeni przynajmniej kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, obejmuje Angkor Wat, Angkor Thom i inne świątynie, otoczone obecnie lasem. Do jego zwiedzania najlepiej skorzystać z usług jednego z kierowców tuktuka, czyli rodzaju wózka przytwierdzonego do motoru. Przemieszczanie się samochodem jest droższe i ujmuje trochę z uroku "odkrywania" świątyń. Można też wynająć motor, skuter elektryczny lub rower, jednak słyszeliśmy historie wymuszania przez lokalną policję łapówek od turystów na motorach.
PC118198.jpg

Angkor Wat

To podobno największy religijny budynek świata. Zbudowany w pierwszej połowie XII wieku jako świątynia hinduistyczna ku czci Boga Wisznu, jest otoczony szeroką na prawie 200 metrów fosą na planie prostokąta o boku długości ponad jednego kilometra. Imponujące rozmiary! Powstał w czasach gdy królestwo Khmerów (z którego później ukonstytuowała się Kambodża) zajmowało dużą część Azji południowo- wschodniej.
PC118188.jpgPC118180.jpg
Nad budynkiem dominuje główna wieża, otoczona czterema niższymi wieżami. Z kolei ten centralny kompleks świątynny jest otoczony murami. Popularne wśród turystów jest obserwowanie świątyni o wschodzie słońca. Aby uniknąć tłumów kłębiących się po zachodniej stronie kompleksu (gdzie mieści się główne wejście) warto wówczas obejść świątynię od strony wschodniej aby mieć ją niemalże na wyłączność.
90_PC108152.jpg90_PC108150.jpgPC108158.jpg
Angkor Wat jest dla mieszkańców Kambodży symbolem narodowym, został nawet umieszczony na fladze państwa. W przeciwieństwie do innych zabytków Angkoru, świątynia nie została opuszczona na przestrzeni wieków. Poniżej obraz Angkor Wat w zbiorowej wyobraźni przedstawiony przez lokalnego artystę.
B34AD2AFD36CED337080F170DBBF58ED.jpg

Angkor Thom

Kilka kilometrów na północ od Angkor Wat znajduje się Angkor Thom: ostatnia stolica imperium khmerskiego. Powstała pod koniec XII wieku, na bazie istniejących już budynków. Polska była wówczas w trakcie rozbicia dzielnicowego, a Konrad Mazowiecki dopiero co miał zapraszać Krzyżaków. Zbudowana na planie kwadratu, otoczona fosą i murem, Angkor Thom zajmuje powierzchnię 9 kilometrów kwadratowych. Żaden z drewnianych budynków stolicy nie przetrwał do naszych czasów, ostały się jedynie kamienne świątynie, przede wszystkim Bajon i Bafuon. W okresie świetności stolica miała podobno milion mieszkańców! (Londyn miał wówczas 50 tysięcy).
90_PC108136.jpg
Bajon to świątynia buddyjska składająca się z 54 wież ozdobionych 216 ogromnymi twarzami Buddy, będącymi prawdopodobnie wizerunkiem panującego wówczas króla Dżajawarmana VII. To za czasów jego panowania kompleks Angkoru został rozbudowany, dziś jego imię noszą szpitale dziecięce czy ulice.
PC108121.jpgPC108111.jpg90_PC108124.jpg
Bafuon to świątynia, która weszła w skład pałacu królewskiego w Angkor Thom. Jedna ze ścian zachodnich budynku została uformowana na kształt leżącego Buddy o długości kilkudziesięciu metrów. Niezłe puzzle dla współczesnych konserwatorów zabytków.
PC108129.jpgPC108131.jpg

Ta Prohm

Pierwsze skojarzenie związane z Angkorem to zazwyczaj świątynia-klasztor Ta Prohm. Obecnie mocno zruinowana, jest symbolem nie tylko piękna sztuki khmerskiej ale też potęgi przyrody. Na ruinach rosną kilkudziesięciumetrowej wysokości drzewa. Po świątyni biegała niedawno Angelina Jolie: Ta Prohm służyła za plan filmowy Tomb Raider.
90_PC108103.jpgPC108087.jpg90_PC108074.jpg

Inne świątynie

Na wzmiankę zasługuje świątynia Preah Khan łącząca w sobie elementy buddyjskie i hinduistyczne.
PC118209.jpg
Świątynia Preah Neak Poan jest z kolei otoczona wodą, co nadaje jej ogromnego uroku.
PC118229.jpgPC118225.jpg
Do gustu przypadła nam też znajdująca się jakieś 30 kilometrów na północny wschód od głównego kompleksu Angkoru świątynia Banteay Srei, zwana też świątynią kobiet. Pochodzi z X wieku, zbudowana z jaśniejszego kamienia niż pozostałe obiekty (czerwony piaskowiec a nie lateryt), posiada bardzo delikatne zdobienia, które prawdopodobnie mogły być wykonane tylko kobiecą ręką.
90_PC118259.jpg
Kompleks Angkoru zwiedza się w towarzystwie dziesiątków turystów. Choć znakomitej części raczej nie da się zidentyfikować, można powiedzieć, że wielu turystów chińskich generuje niewspółmiernie dużo hałasu (potwierdzone obserwacjami z innych krajów), a turyści azjatyccy w ogóle lubią zdjęcia pozowane.
90_PC118214.jpg90_PC118181.jpg
Z kolei turystki rosyjskie gustują w intensywnych kolorach.
90_PC108101.jpgPC108149.jpg

Siem Reap

Siem Reap żyje w dużej mierze z turystyki angkorwatowskiej. Centrum miasta zostało wyremontowane i ożywione, ma mnóstwo restauracji, barów, knajp, czy wózków z jedzeniem i alkoholami zapełniających ulice w godzinach wieczornych. Do tego salony masażu i dziesiątki tuktuków (Do you want a tuktuk, sir?). My skorzystaliśmy z usług fryzjera. Efekty były zaskakująco pozytywne. Tak jak w innych krajach regionu ubogich w kapitał, głównym bogactwem Kambodży jest pracowitość i wytrwałość jej mieszkańców. Kambodżanie okazali się kolejną przyjazną nacją azjatycką, jednak często żyjącą w bardzo trudnych warunkach, o czym mieliśmy się wkrótce przekonać. W Siem Reap poznaliśmy też Maude i Marie-Christine, dwie sympatyczne Kanadyjki z Québec 'u, z którymi zjedliśmy kolację w restauracji serwującej dania indyjskie.
PC118275.jpg

Posted by Jakub W 23:04 Archived in Cambodia Comments (0)

Rangun

Główna metropolia Mjanmy

semi-overcast 30 °C

Kolejnym etapem naszej podróży był sześciomilionowy Rangun. Choć w 2006 roku przestał być stolicą polityczną Mjanmy na rzecz nowo wybudowanego Naypyidaw, do tej pory jest centrum gospodarczym kraju. Miasto bardzo przypadło nam do gustu: z jednej strony egzotyczne i żywe, ale z w miarę okiełznanym ruchem samochodowym (chodniki i światła), i z dużo czystszym powietrzem niż w Katmandu. Przed wyjazdem żałowaliśmy, że nie zostaliśmy tu trzech zamiast dwóch dni.


Z Nyaungshwe nad jeziorem Inle do Rangunu jechaliśmy autobusem nocnym "klasy VIP". Autobus był bardzo wygodny: w każdym rzędzie miał trzy, zamiast czterech, w dodatku rozkładane siedzenia lotnicze. Po drodze zatrzymał się dwa razy na dworcach, gdzie można było zjeść posiłek i skorzystać z toalety. Dworzec w Aungpan był szczególnie klimatyczny: na placu postojowym stało mniej więcej 15 nowoczesnych autobusów. Po placu chodziła pani z mikrofonem i systematycznie ponaglała pasażerów, których busy były gotowe do odjazdu. Po placu rozchodziły sie dźwięki, niedość, że niezrozumiałe, to jeszcze z mikrofonowym pogłosem. Plac był stosunkowo mały, więc niektóre z autobusów musiały manewrować aby zrobić miejsce dla tych odjeżdżających.
PC057873.jpg
Rangun w godzinach porannych wydał się nam chaotyczny. Dojazd taksówką z dworca autobusowego do hostelu w centrum zajął dobre 45 minut. W korkach stały samochody, busy, pickupy z naczepami, wszystkie pełne pasażerów. Mimo ruchu prawostronnego większość pojazdów jest sprowadzana z Japonii (Toyoty, Nissany) i ma kierownice przystosowane do ruchu lewostronnego. Na światłach na ulicę wyskakiwali sprzedawcy gazet czy kwiatów storczyka (nasz kierowca kupił wiązankę, żeby przewiesić przez lusterko). W centrum miasta handel prowadzony był na dostępnych skrawkach chodnika czy brzegu ulicy. Rano dominowali sprzedawcy żywności: mięsa, ryb, owoców, czy śniadaniowych przekąsek (samosy, nadziewane placki lepione i smażone na oczach klientów).
PC067879.jpgPC067937.jpg
W Rangunie w końcu spróbowaliśmy owocu jackfruit. Sam owoc okazał się wielki: mniej więcej 40-centymetrowej długości, a w środku miał wiele 3-centymetrowych pestek otoczonych słodkim miąższem, przypominającym w smaku mango.
PC067906.jpg
Po złożeniu bagażu w hostelu Shannkalay wybraliśmy się na spacer po centrum, czyli dzielnicy kolonialnej. Niektóre budynki okazały się być odnowione, inne popadły w zupełną ruinę. Duża część dzielnicy jest zabudowana późniejszymi plombami z mnóstwem zagraconych balkonów z suszącym się praniem. Ludzie chodzący po ulicach byli bardziej różnorodni niż na prowincji: w końcu część dzielnicy kolonialnej to Chinatown oraz Indiatown. Okupacja brytyjska w drugiej połowie XIX i pierwszej XX wieku skutkowała migracjami w ramach brytyjskich Indii, których Birma była częścią. Pozostałe części składowe Indii brytyjskich to współczesny Bangladesz i Pakistan. W Rangunie mamy więc świątynie buddyjskie, hinduistyczne, meczety i kościoły chrześcijańskie. W trakcie spaceru zaszliśmy do galerii sztuki: tych zajmujących się sztuką współczesną jest w Rangunie kilka.
PC067882.jpgPC067883.jpgPC067892.jpg
Z dzielnicy kolonialnej poszliśmy do głównej atrakcji religijnej miasta: pagody Shwedagon. Położona na wzgórzu jest ponoć pokryta warstwą złota ważącą 27 ton. Pierwsza świątynia powstała tu między VI a X wiekiem, od XV wieku zaczęła być pokrywana złotem. W późniejszym okresie oparła się zarówno europejskim łupieżcom (Portugalczycy, Brytyjczycy) jak i trzęsieniom ziemi.
large_90_PC067926.jpgPC067930.jpg
Późnym popołudniem wybraliśmy się na prom łączący Rangun z leżącym po drugiej stronie rzeki przedmieściem Dalah. Trafiliśmy chyba na godziny szczytu, bo dwupokładowy prom wypełnił się pasażerami w mgnieniu oka. Po promie krążyli sprzedawcy owoców, gotowanych przepiórczych jajek czy nawet wacików do uszu. Leciał z nami cały rój mew dokarmianych przez ludzi rzucanymi w powietrze kawałkami jedzenia.
PC067947.jpgPC067950.jpg
Drugi dzień pobytu w Rangunie zaczęliśmy od przejażdżki kolejką podmiejską. Wagony, które widzieliśmy, nie posiadały zamykanych drzwi (niepotrzebne ze względów klimatycznych czy bezpieczeństwa: pociąg jechał bardzo powoli) i miały długą plastikową ławę wzdłuż okien. Po pociągu też krążyli sprzedawcy napojów, owoców czy produktów kosmetycznych.
PC077963.jpg90_PC077971.jpg
PC077987.jpgPC077982.jpg
Po południu Dawid poszedł szukać centrum handlowego, a ja wybrałem się do kina, na przypadkowy film. Kiedy stałem w kolejce do kasy podeszła do mnie dziewczyna i zaproponowała odsprzedać bilet "na film birmański". Trafiłem na coś w rodzaju birmańskich "Samych swoich" 2016, z poczuciem humoru w stylu "Kiepskich". Seans filmowy zaczął się całą serią reklam (królowały tabletki na przeziębienie), a także odegraniem hymnu państwowego, do odsłuchania na stojąco. Po kinie spotkaliśmy trójkę młodych ludzi, którzy poprosili o wspólne zdjęcie. Mjanma, świeżo otwarta na świat, sprawia wrażenie wciąż ciekawej obcokrajowców: kilkakrotnie mijani na ulicy ludzie pytali nas skąd jesteśmy, co widzieliśmy w ich kraju i dziękowali za odwiedziny.
PC077993.jpgPC077992.jpg
Po spacerze w parku Kandawgyi, położonego nad utworzonym przez Brytyjczyków sztucznym zalewem, i wizycie w barze z widokiem na miasto (na zdjęciu centrum, czyli dzielnica kolonialna), Dawid też miał swój zachód słońca...
PC078011.jpgPC078019.jpg
Wieczorem wróciliśmy do hotelu przez centrum, mijając żywe Indiatown z ulicą sklepów z artykułami oświetleniowymi, bulwar nadrzeczny z długo poszukiwaną skrzynką pocztową, i ulice z licznymi restauracjami chińskimi, a nawet park rozrywkowy dla dzieci z karuzelami i torem wodnym dla małych łódeczek na parterze jednego z budynków!
PC078023.jpgPC078021.jpg
Przed samym wylotem z Mjanmy, Rangun podarował nam ostatni pocztówkowy widok. Taksówka w drodze na lotnisko początkowo jechała szeroką dwupasmówką, kiedy z prawej strony wyprzedzila nas ciężarówka wypełniona po brzegi ludźmi. Chwilę później taksówka skręciła w wąską uliczkę kluczącą między parterowymi zabudowaniami. A tam brzegiem ulicy szli gęsiego, na boso jeden za drugim, ogoleni na łyso kilkuletni mnisi, każdy przepasany tradycyjną bordową szatą i z miseczką w ręku. Sznurek wydawał się bez końca, była ich przynajmniej setka. "Idą do szkoły uczyć się buddyzmu" powiedział nam z dumą taksówkarz.
PC088028.jpg20161209_222044.jpg

Posted by Jakub W 06:08 Archived in Myanmar Tagged birma rangun mjanma Comments (0)

(Entries 31 - 35 of 49) « Page .. 2 3 4 5 6 [7] 8 9 10 »