A Travellerspoint blog

Jezioro Inle

Rowerem i łodzią

semi-overcast 25 °C

Nad jeziorem Inle zatrzymaliśmy się w Nyaungshwe, dość brzydkiej kilkunastutysięcznej miejscowości teoretycznie leżącej nad jeziorem. W praktyce brzegi jeziora Inle są mocno zabagnione i z Nyaungshwe można się dostać na otwarty akwen łodzią, płynąc kilka kilometrów kanałem. Ponadto powierzchnia zalana wodą zmienia się w zależności od pory roku: poziom wody podnosi się podczas pory deszczowej o kilka czy kilkanaście centymetrów, zalewając miejsca, na które można się dostać suchą nogą podczas zimy czy lata (czyli pory suchej). Wsie położone na brzegach jeziora są zbudowane na palach i obsługiwane łodziami tak jak Wenecja. Mieszkańcy wybierają żyzny muł z dna kanałów czy przybrzeżnych części jeziora aby wykorzystać go do uprawy.
PC017745.jpgPC017752.jpg
PC037796.jpgPC017716.jpg
W sobotę wybraliśmy się rowerem z Nyaungshwe do wsi Maing Thauk. Trasa wiodła głównie asfaltem. W Maing Thauk skręciliśmy w stronę wzgórz aby dotrzeć do tzw. klasztoru leśnego, skąd można było oglądać dolinę i leżące w niej jezioro. Maing Thauk składa się z dwóch części: tej leżącej na lądzie i niżej położonej dzielnicy na wodzie. W nadwodnej części miejscowości trafiliśmy do zbudowanej z bambusa restauracji (Mya Kyint Thar). Prowadzona przez miejscową rodzinę specjalizuje się w grillowanych rybach, spróbowaliśmy też smażonego makaronu. Zbudowana na palach, tak jak inne budynki w nadjeziornej części wsi, restauracja jest "zawieszona" nad wodą, więc przez szpary w "podłodze" można było obserwować ryby w wodzie.
90_PC037771.jpgPC037777.jpgPC037781.jpg
W drodze powrotnej do Nyaungshwe zrobiliśmy zdjęcia kilku współczesnych domów birmańskich. Zazwyczaj parter był murowany a piętro kryte bambusem. Dwa z nich wyróżniały się prostotą.
PC037797.jpgPC037798.jpg
W niedzielę popłynęliśmy łódką motorową po jeziorze Inle, zatrzymując się w dwóch wsiach zbudowanych na palach. Przemysł turystyczny rozwinął się tu już na dobre, więc mogliśmy obejrzeć robotników budujących łódź czy pracownice manufaktury cygar przy pracy.
PC047840.jpg
Na płytkich częściach jeziora rolnicy uprawiają tzw. pływające ogrody. Do budowy ogrodu wykorzystują naturalnie zarastające powierzchnię jeziora rośliny, przysypują je ziemią, kształtują w długie prostokątne formy, i na tak przygotowanym podłożu hodują głównie pomidory. "Grządki" są przymocowane do dna jeziora za pomocą bambusowych pali.
90_PC047821.jpg
Jezioro jest znane z rybaków wiosłujących nogą. Dwóch zapozowało nam do zdjęcia.
PC047848.jpgPC047867.jpg

Posted by Jakub W 06:19 Archived in Myanmar Comments (0)

Z Kalaw nad jezioro Inle

Przez pola i wsie

semi-overcast 18 °C


Z Bagan do Kalaw jechaliśmy siedem godzin całkiem wygodnym i nowoczesnym autobusem. Kilkutysięczny Kalaw leży na pogórzu i jest bazą wypadową w okoliczne tereny rolnicze. Kiedy dojechaliśmy autobusem na miejsce, ciężko nam było zrozumieć dlaczego miejscowość cieszy się taką popularnością. Znaleźliśmy przynajmniej dwie niedrogie restauracje podające smaczne birmańskie i regionalne jedzenie. W restauracji Thu Maung jedliśmy curry z kurczaka: danie było mniej tłuste i z większą ilością warzyw niż w tradycyjnych czy przydrożnych barach. Klientelę obsługiwało kilkanaście kelnerek. Wyglądałoby to na przerost zatrudnienia gdyby nie fakt,  że dania pojawiały się i znikały ze stołu w mgnieniu oka, a w międzyczasie były wachlowane w celu odpędzania natrętnych much.
PB287493.jpgPB277468.jpg
W Kalaw mogliśmy też przekonać się o religijności Birmańczyków. W jednym z ulicznych barów, gdzie turyści raczej nie zaglądają, zdecydowaliśmy się wypić dwa kieliszki rumu. Na ścianach było zawieszonych całe mnóstwo dewocjonaliów. Dominowały liczebnie obrazki Buddy i mnichów w ramkach, było też zdjęcie chmury w kształcie siedzącego Buddy z podpisem informującym po angielsku, że obraz ukazał się wiernym na niebie 21 czerwca 2005 roku w Indiach w miejscowości takiej i takiej. W centralnym punkcie ściany znajdował się ołtarzyk z Buddą: po zmroku pani właścicielka jednym pstryknięciem zapaliła ledowe lampki, tak że Budda zaczął mienić się w całej ferii migających światełek (na nasz rynek podobne światełka są sprzedawane jako bożonarodzeniowe).
PB277481.jpg90_PB267459.jpg
Religijności Birmańczyków mogliśmy też doświadczyć w hotelu Railroad. Jednego dnia przed południem do hotelu przyszedł mnich i poprosił o jedzenie. W zamian udzielił błogosławieństwa całej klęczącej rodzinie. Od innych turystów słyszeliśmy też, że wielu ludzi unika n.p. jeżdżenia motorem czy jedzenia konkretnego mięsa w wybrane dni po zasięgnięciu opinii mnicha przestrzegającego przed możliwym wypadkiem drogowym czy zatruciem pokarmowym. Mnichów w Mjanmie jest kilkaset tysięcy: wielu mężczyzn wybiera życie zakonne na jakiś czas by wrócić później do stanu świeckiego.
PB297520.jpgPB297537.jpg
Trzydniowy trek nad jezioro Inle był głównym powodem, dla którego zatrzymaliśmy się w Kalaw. Naszym przewodnikiem był Sai Min (saiminlatt077@gmail.com), bardzo wesoły 38-latek z zaraźliwym śmiechem i dużym zasobem wiedzy od zagadnień rolniczych, przez historyczne po religijne.
90_PB297506.jpg90_PB287486.jpgPB307621.jpg
Jak tłumaczył nam Sai Min, w Mjanmie mają miejsce trzy pory roku: zima (listopad-luty), lato (marzec-maj) i pora deszczowa  (czerwiec-październik). Trafiliśmy na początek zimy, czyli sezon awokado. Okazało się, że awokado rosną na drzewach niczym gruszki. Okolice Kalaw, około 1400 m n.p.m., a więc chłodniejsze niż niżej położone równiny, idealnie nadają się do ich uprawy. Ponadto w grudniu trwa sezon na mandarynki (mniej słodkie niż hiszpańskie), w styczniu na truskawki, zimą udaje się też czosnek, rzepak i inne sucho- i ciepłolubne uprawy (nocą temperatura w Kalaw może spaść do 0, a zdarza się nawet do -5 stopni Celsjusza). Koniec lata to sezon na większe egzotyczne owoce n.p. mango lub arbuza. Banany dojrzewają okrągły rok a potrzebujące więcej chłodu jabłka na wyżej położonych podgórskich terenach Mjanmy.
PB307604.jpg
Pierwszego dnia treku szliśmy między zabudowaniami, które stopniowo przeszły w suchy las sosnowy (sosna została wprowadzona do Birmy przez kolonizatorow brytyjskich), pola uprawne, dalej dżunglę do punktu widokowego na okoliczne wzgórza. Później szliśmy torami kolejowymi po podkładach poukładanych w nierównych odstępach.
large_PC017668.jpg
Po drodze mogliśmy zobaczyć rolników zbierających ryż i korzeń imbiru czy suszących na ziemi papryczki czili, czyli trzy z niezbędnych elementów birmańskiego curry. Drugiego dnia szliśmy przez falisty teren z bardziej intensywną uprawą rolniczą gdzie czerwonobrązowe (od koloru gleby), zielone i żółte (kwitnący rzepak) pola układały się w piękną kompozycję, dopełnioną tu i tam czerwonymi dywanami schnącego czili. Minęliśmy też kilka wiosek. Niektóre z nich miały zabudowę murowaną, w innych domostwa zbudowane były z bambusa: takie budynki trzeba podobno odnawiać co 15 lat. W każdej większej wiosce mijaliśmy szkołę gdzie dzieci powtarzały chórem za nauczycielem niezrozumiałe formuły.
PB307587.jpg
Po drodze mijaliśmy wiele razy święte dla Birmańczyków (i innych azjatyckich nacji) drzewo o rozłożystych konarach: banyan czyli po polsku najprawdopodobniej figowiec bengalski.
PB307562.jpg
Nocowaliśmy u wiejskich gospodarzy. W obydwu przypadkach murowane budynki były zbudowane na podobnej zasadzie: na dole kuchnia i duże pomieszczenie ze stołem dla gości, drewnianą pryczą w kącie i składem worków wypełnionych zbożem (czas żniw) czy innymi produktami. Pomieszczenie to służyło także za garaż dla motorów, garderobę, stała w nim szklana gablota z napojami i przekąskami dla turystów. Na piętrze z kolei znajdowało się zupełnie puste pomieszczenie z ołtarzem z Buddą na ścianie i rozłożonymi na podłodze matami do spania dla gości. We wszystkich pomieszczeniach zwracał uwagę brak mebli. Palenisko, na którym w kuchni przygotowywano posiłki, znajdowało się na podłodze.
PB307625.jpgPB307632.jpg
Szczególnie spodobała się nam druga wieś, gdzie nocowaliśmy (Ti Thein): duża (ponad sto domostw), gęsto zabudowana a mieszkańcy byli w większości tradycyjnie ubrani. Wszystkie kobiety nosiły na głowach fantazyjnie upięte chusty w intensywnych kolorach. Przed gospodarstwem, w którym spaliśmy, kilku mężczyzn całe popołudnie ciosało z drewna elementy nowego wozu do zaprzęgu bawołów. Prysznic pod gołym niebem i bananowcem był otoczony murem do wysokości piersi, tak że mimowolnie można było zrobić przedstawienie dla sąsiedztwa. Przed domem obok obory znajdowały się dwie latryny: toalety tureckie "na narciarza". Zarówno "pod prysznicem" jak i w toalecie nie było wody bieżącej tylko bania z wodą do spłukiwania mydła czy nieczystości. Wyglądało to na miejscowy standard sanitarny, jako że dom, w którym nocowaliśmy był jednym z lepiej prezentujących się we wsi.
90_PC017647.jpg90_PB307616.jpgPB307620.jpg
Z piętra budynku można było obserwować życie wsi: na przykład jak sąsiadka ogromnym palem młóci ryż w wielkiej drewnianej misie. Między domami biegały dzieci puszczające latawce chałupniczo wykonane ze zbitych patyków z przytwierdzoną folią. Przy większości domostw znajdowało się umocowane na drewnianych palach zadaszenie, pod którym trzymano bawoły zaprzęgowe. Po zachodzie słońca rolnicy przepędzali po piaszczystych ulicach bydło do drewnianych obór, a zaprzężone w bawoły wozy wracały z pól wypełnione sianem. Inni rolnicy wracali z całodziennej pracy na polu motorami, często obładowanymi workami z zebraną żywnością.
90_PC017637.jpgPB307627.jpg
Trzeciego dnia treku wstaliśmy o szóstej, żeby zdążyć przed innymi grupami turystów. Mogliśmy podziwiać pola pokryte mgłą powoli rozchodzącą się w promieniach porannego słońca. Po ponad godzinie marszu dotarliśmy do przełęczy, skąd zaczęliśmy schodzić do jeziora Inle. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazu: kiedy minęliśmy pola i gęsty las, w okolicach przełęczy roślinność stała się rzadka a krajobraz suchy i dopiero bliżej jeziora zaczęła z powrotem gęstnieć. Po 16 kilometrach marszu dotarliśmy do wsi, skąd łodzią motorową dopłynęliśmy przez kanały, wieś-Wenecję i jezioro do naszej docelowej miejscowości Nyaungshwe.
PC017702.jpg

Posted by Jakub W 18:33 Archived in Myanmar Comments (0)

Bagan

Perła Mjanmy

sunny 30 °C


We wtorek płynęliśmy rzeką Irawady (Ayeyarwaddy) z Mandalay do Bagan statkiem firmy MGRG. Rejs zaczynał się o 7 rano. Przez pierwszą godzinę nad rzeką utrzymywała się gęsta mgła.
PB227173.jpg
Po pewnym czasie z mgły zaczęły wyłaniać się kontury brzegów a sama rzeka okazała się szeroka na kilkaset metrów. Na całym odcinku płynęła przez niziny, jedynie pod Mandalay mijała wzgórza. Rzeka jest intensywnie wykorzystywana do transportu towarów i ludzi. Gdy statek płynął bliżej brzegu, mogliśmy zobaczyć rybackie wioski, gdzie miejscowi prali czy kąpali się w mętnej wodzie. Rejs trwał dziewięć godzin. Rano dostaliśmy śniadanie czyli kartonowe pudełko z gotowanym jajkiem, bananem i dwiema słodkimi bułkami. Z kolei lunch pozytywnie nas zaskoczył: na talerzach podano biały ryż ze smażonymi warzywami z kawałkami kurczaka. Po szesnastej statek dopłynął do Nyaung-U, skąd razem z dwiema Niemkami z Hamburga wzięliśmy taksówkę do hotelu w miejscowości New Bagan.
PB227161.jpgPB227202.jpgPB227165.jpgPB227200.jpg
W New Bagan spotkaliśmy się z Habibem i Romanem. Poszliśmy zjeść razem kolację. Jedną ze specjalności kuchni birmańskiej jest sałatka ze sfermentowanych liści herbaty. Dodaje się do niej prażone orzeszki ziemne, imbir i olej, a czasem także krojoną kapustę i pomidory. Z kolei Dawid znalazł prawdziwgo specjalistę złotą rączkę, który zreperował mu zegarek, wyceniając usługę na jedyne 500 kyatów (czyli jakieś półtora złotego)...
PB227220.jpgPB247355.jpgreceived_1..59549264305.jpeg
Nazajutrz wstaliśmy o 6tej rano i skuterami elektrycznymi pojechaliśmy obejrzeć wschód słońca ze świątyni Shwesandaw Paya, budynku o stromym piramidalnym kształcie. Razem z dziesiątkami innych turystów wdrapaliśmy się na jeden z wyższych tarasów świątyni, skąd roztaczał się widok na zieloną równinę usianą dziesiątkami małych strzelistych świątyń a gdzieniegdzie widniały sylwetki większych budowli. Z kolei na niebie wisiał dobry tuzin balonów, z których także można podziwiać wschód słońca.
PB237236.jpgPB237242.jpgPB237258.jpg
Bagan to pozostałości po dawnej stolicy tzw. pierwszego imperium birmańskiego. Według Wikipedii pierwszymi zidentyfikowanymi mieszkańcami dzisiejszej Mjanmy był w górnej Birmie lud Pyu, a w dolnej ludy Mon i Bamar (czyli Birmańczycy). Ludy te tworzyły państwa-miasta i niewielkie księstwa. W pierwszym tysiącleciu Monowie zbudowali królestwo i przyjęli buddyzm. Około 1050 roku równinę Irawady zjednoczył król ludu Bamar, a Bagan zostało stolicą jego królestwa. Przez ponad 200 lat Bagan kwitło, zbudowano w nim z kamienia ponad cztery tysiące buddyjskich świątyń, reszta budynków była drewniana. Do naszych czasów przetrwała część świątyń, wiele z nich zostało naruszonych przez następujące po sobie licznie trzęsienia ziemi, ostatnie w 2016 roku. Bagan pełni w świadomości Birmańczyków dużą rolę, dlatego na przestrzeni wieków podejmowano się rekonstrukcji wielu ze zniszczonych świątyń. Dzisiaj możemy więc podziwiać na równinie dziesiątki budowli, jednak kompleks nie został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ponieważ współczesne rekonstrukcje bardzo często nie spełniają wymogów konserwatorskich.
PB237285.jpgPB237302.jpg
Popołudniu znów wsiedliśmy na skutery i pojechaliśmy oglądać zachód słońca z tarasu świątyni Pyathada Paya. W drodze powrotnej bateria w skuterze Dawida wyładowała się zanim zdążyliśmy wrócić do punktu wynajmu skuterów. Było już ciemno, zatrzymaliśmy się przy małej świątyni gdzie przed domem siedziała para starszych Birmańczyków oglądających przez otwarte drzwi i okno telewizję. Byli bardzo uprzejmi: zadzwonili do punktu wynajmu, poczęstowali nas herbatą i orzeszkami ziemnymi, a nawet przełączyli program telewizyjny z birmańskiego talk show na futbol europejski, prawdopodobnie przypuszczając, że sprawią nam tym przyjemność. To nie pierwszy raz kiedy spotkaliśmy się w trakcie naszej podróży z życzliwością miejscowych.
PB237293.jpg
W Bagan spędziliśmy dwa kolejne dni, jeżdżąc rano i wieczorem skuterami po bezdrożach i okolicznych miejscowościach. Ostatniego wieczora udało mi się zobaczyć dwa razy dudka biorącego "kąpiel" w piasku, trafić na krowy blokujące ścieżkę w zaroślach i zgubić na skuterze w polu.
90_PB257402.jpgPB257410.jpg

Posted by Jakub W 23:07 Archived in Myanmar Comments (0)

Hsipaw

Pociągiem do rebeliantów czyli spokojna birmańska wieś i spacer przez dżunglę

sunny 25 °C


Pociąg z Mandalay do Hsipaw odjeżdżał o czwartej rano. Jechaliśmy wagonem upper class czyli z siedzeniami, które rozkładały się prawie do pozycji leżącej. Jakieś dwieście kilometrów drogi i jedenaście godzin podróży w cenie niecałych trzech euro. Klasa normalna to twarde drewniane siedzenia. Cieszyliśmy się z naszego wyboru biorąc pod uwagę, że wagony miały dobre pół wieku, całą drogę podskakiwały i huśtały się, tak że kilka razy bagaże spadały z półek. Wszystkie okna w naszym wagonie były otwarte na oścież, roślinność szorowała po ścianach wagonu i nieraz wdzierała się do środka. Atrakcją trasy był wiadukt w Gokteik: oddany do użytku w 1901 roku był drugim najwyższym kolejowym wiaduktem na świecie a do tej pory jest najdłuższym w Mjanmie.
PB186959.jpgPB186951.jpg
PB186966.jpgPB186946.jpgPB186994.jpg
Po południu po pociągu krążyli sprzedawcy napojów, przekąsek a także przygotowanych na tacach dań (smażonego makaronu czy kolb kukurydzy). Jedzenie można było też kupić od sprzedawców, którzy rozsiedli się ze swoim towarem na peronach stacji kolejowych. Za każdym razem gdy pociąg zatrzymywał się na kilka minut, pasażerowie wychodzili rozejrzeć się co można kupić. Klienci często byli wybredni: na przykład jakość smażonych kawałków mięsa (czy zawijanych smażonych pasztecików) sprawdzali dotykając palcami kawałek mięsa po kawałku.
PB186997.jpg
Miasteczko Hsipaw nie wywarło na nas wielkiego pierwszego wrażenia. Położone nad rzeką,  z dwoma rynkami z produktami rolnymi i mnóstwem otwartych na ulicę sklepów czy punktów handlowych, wydawało się nie różnić od innych miejscowości. Pierwszego popołudnia ruszyliśmy szukać lepszego hotelu niż ten, w którym mieliśmy pierwszą rezerwację. Przy okazji znaleźliśmy restaurację nad rzeką i minęliśmy trzech chłopców na motorze wywijających metrowej długości jeszcze żywym wężem. Następnego dnia po zrobieniu prania, kawie nad rzeką i obiedzie w jadłodajni z typowym dla Birmy jedzeniem, ruszyliśmy wzdłuż ruchliwej drogi na drugą stronę rzeki aby wejść na wzgórze skąd można obserwować zachód słońca. Na sam zachód spóźniliśmy się ułamki sekundy, ale widok i tak był warty wysiłku.
PB197038.jpgPB197041.jpgPB197013.jpg
Kolejnego dnia wybraliśmy się na zorganizowaną przez hotel Lily the Home wyprawę z przewodnikiem do znajdujących się za miasteczkiem, na wzgórzach, wsi zamieszkiwanych przez mniejszości etniczne Szan i Palaung. Była nas dziesiątka: poza nami, czwórka Francuzów, dwie Australijki i dwójka Amerykanów. Spod hotelu za miasteczko wywiózł nas tuktuk, czy raczej motor z przytwierdzoną zadaszoną przyczepą z dwoma drewnianymi ławkami. Początkowo szliśmy drogą gruntową przez pola, a dokoła pięknie kwitły krzaki z żółtymi kwiatami. Koło południa zatrzymaliśmy się w małej wiosce na "zupkę chińską" ze smażonym jajkiem. We wiosce stacjonowali uzbrojeni mundurowi, jak się okazało rebelianci. Po obiedzie zeszliśmy wąską ścieżką nad rzekę a później przedzieraliśmy się przez gęste zarośla pod górę. Po piętnastej dotarliśmy do docelowej wioski, skąd miejscowi zabrali nas z powrotem motorami do Hsipaw. W promieniach popołudniowego słońca zjeżdżaliśmy ze wzgórz po gruntowej drodze trzymając się motorów podskakujących na wertepach.
large_PB207072.jpg
Listopad jest podobno idealnym miesiącem na takie wyprawy. Trwa już "zima" czyli chłodniejsza pora sucha: zimą w słońcu jest gorąco, ale wieczorami trzeba zakładać sweter. Niebo jest błękitne a roślinność wciąż intensywnie zielona po porze deszczowej. Do tego rolnicy jeszcze nie palą nieużytecznych resztek po zbiorach, zaczynają dopiero w grudniu.
PB207120.jpg
Nasz przewodnik Aike Thein (zdecydowanie godny polecenia: trekkingaikethein@gmail.com) okazał się być bardzo sympatyczny i chętnie dzielił się swoją wiedzą. Opowiadał, że mieszkańcy Mjanmy nie stronią od papierosów czy alkoholu: zazwyczaj zaczynają pić i palić w wieku czternastu lat, bo od dziesięciu już pracują a po siedemnastce czas na ślub. Przeciętna płaca to w przeliczeniu 60 euro miesięcznie. Z ponad 50-milionowego kraju kilka milionów wyjechało pracować do Tajlandii, Malezji czy Chin, wielu bez papierów. Zanim został przewodnikiem, pracował w kopalni i na plantacji bananów. Opowiadał, że aby podołać ciężkiej fizycznej pracy, wielu górników zażywa heroinę, problemem jest plaga uzależnień, które często kończą się śmiercią. Co gorsza, do zażywania narkotyku pracowników często nakłaniają pracodawcy.
90_PB207136.jpg
W Mjanmie cały czas toczy się konflikt zbrojny. Mniejszości etniczne (w tym Szan czy Palaung) buntują się przeciw polityce dominujących w kraju Birmańczykow. Pomimo porozumień pokojowych podpisywanych z rebeliantami po ostatniej demokratyzacji, partyzanci niechętnie składają broń. Wśród mniejszości wciąż dominuje obawa przed partyzantką sąsiadów. Rebelianci niby chronią własną ludność przed akcjami odwetowymi ze strony innych partyzantów (często inspirowanymi przez armię, która rozgrywa mniejszości przeciw sobie), ale są też obciążeniem, bo każą się utrzymywać i karmić.  Mając dość konfliktu, wielu ludzi ucieka z gór do miasta. Samo Hsipaw podobno bardzo rozrosło się w ostatnich latach zasilane uciekinierami z gór. Rządowi kraju, a przede wszystkim wojsku, zależy na tuszowaniu konfliktu. Turyści nie są celem grup zbrojnych, a informacje o zabitych czy wysiedlonych rzadko trafiają do zachodnich mediów (chyba że jakiś turysta z Europy przypadkowo wysadzi się na minie).
PB207110.jpgPB207087.jpg90_PB207077.jpgPB207153.jpg
Nazajutrz po wyprawie w góry przyszedł czas wracać do Mandalay. Tym razem jechaliśmy busikiem jedyne sześć godzin, a podróż umilała rozmowa z poznaną parą Niemców z Monachium. Smaczny obiad zjedliśmy w przydrożnym barze w miejscowości Pyin Oo Lwin.
PB217157.jpg

Posted by Jakub W 03:25 Archived in Myanmar Comments (0)

Z Nepalu do Mandalay

Podróż lotnicza przez azjatyckie krajobrazy i pierwsze wrażenia z Mjanmy (Birmy)

sunny 30 °C


Z Nepalu do Birmy lecieliśmy przez Kuala Lumpur (gdzie kilka godzin nocowaliśmy pod lotniskiem) i Bangkok. Lot z Katmandu zaczął się oglądaniem panoramy Himalajów przy bezchmurnym niebie.
large_PB156802.jpg
Nad ranem kolejnego dnia zrywaliśmy się na lot z Kuala Lumpur. Z kolei wczesnopopołudniowy samolot z Bangkoku był opóźniony ze względu na awarię systemu komputerowego. Po trzeciej zmianie waluty i strefy czasowej (Malezja względem Nepalu 2:15 do przodu, Tajlandia względem Malezji godzinę a Birma względem Tajlandii pół godziny do tyłu), trochę zdezorientowani dotarliśmy do Mandalay. Po drodze z lotniska mijaliśmy zielone pola z wyłaniającymi się tu i tam z zieleni złotymi kopułami świątyń.
PB166835.jpg
Po dotarciu do miasta,  zmęczeni, przeżyliśmy szok kulturowy: po sterylnym terminalu lotniczym w Kuala Lumpur i trochę trącącym myszką ale wciąż nowoczesnym w Bangkoku ulice Mandalay przypominały chaos komunikacyjny Katmandu, tyle że w dużo wyższej temperaturze. Na usta wciąż cisnęło się powitalne nepalskie "namaste" zamiast tutejszego "minglaba". Głodni poszliśmy szukać miejsca do zjedzenia. Wszystkie jadłodajnie wyglądały podobnie: posadzka z betonu pod zadaszeniem a na niej plastikowe krzesła i stoły. Karta dań wypisana w szlaczki. W pierwszym miejscu angielski kelnerów bardzo podstawowy, trzeba było pokazywać palcem co jedzą sąsiedzi, a standardy higieny wydawały się pozostawiać sporo do życzenia. Byliśmy trochę przestraszeni. W drugim lokalu poszło łatwiej, zjedliśmy pyszne grillowane warzywa i kawałki kurczaka oraz rybę w pikantnym sosie. Także piwo w Birmie okazało się tańsze niż w Nepalu i było widać, że cieszy się popularnością wśród mieszkańców.
PB166845.jpg
Nasz hotel Royal Nadanarbon zdradzał jako pierwszy od dłuższego czasu pozory luksusu: klimatyzacja, w łazience szczoteczki do zębów, płyn do kąpieli i szampon w tubkach. Główną atrakcją była jednak łazienkowa "rzeźba" czy "instalacja artystyczna": zlew osadzony na wyrastającym z podłogi pniu i obrastający ściany "bluszcz" o teksturze drzewnej kory. Architekt zapomniał jednak o odpływie wody ze zlewu: rura kończyła się w kącie, skąd woda wypływała na podłogę by ścieknąć do odpływu prysznicowego. Tak jak we wszystkich dotychczasowych hotelach, łazienka była pomieszczeniem ze zlewem i muszlą klozetową a w tym samym czasie kabiną prysznicową. To chyba azjatycki standard.
90_PB156792.jpg 270_PB176853.jpg
Nazajutrz poszliśmy kupić bilety na pociąg do Hsipaw. W Mandalay ulice są w miarę szerokie, a chodniki wąskie, zastawione motorami, samochodami, słupami, więc co i raz trzeba schodzić na jezdnię, oglądając się czy nie nadjeżdża z tyłu motor czy samochód. Boom ekonomiczny jaki przeżywa Myanmar po otwarciu się na świat był widoczny w ilości nowych, głównie japońskich, samochodów. Po kupieniu na dworcu wypisywanych ręcznie biletów (zawierających wszelkie dane paszportowe, przy czym nazwiska pasażerów brzmiały "Mr David" i "Mr Jakub Stanisław") zaszliśmy do znajdującego się po drodze supermarketu. Zaletą była możliwość czytania etykietek po angielsku i nabrania wyobrażenia o cenach produktów.
PB176861.jpgPB176854.jpgPB176870.jpg
Tego samego dnia zaszliśmy też do warsztatu gdzie rzemieślnicy wyklepywali młotami cienkie plastry złota używane przez wiernych do oklejania świętych miejsc w celach modlitewnych. Mogliśmy się o tym przekonać w świątyni Mahat Mya Muni, gdzie czczony posąg Buddy z latami upodabniał się coraz bardziej do grubiejącego misia.
90_PB176880.jpg90_PB176882.jpg
Ze świątyni pojechaliśmy z Cziko i jego kolegą dwiema "taksówkami-motorami"  do zbudowanej z drewna świątyni Shwe In Bin Kyaung a później na taras hotelu Ayeyarwaddy View podziwiać zachód słońca nad rzeką Irawady.
PB176905.jpg

Posted by Jakub W 18:31 Archived in Myanmar Comments (0)

(Entries 36 - 40 of 49) « Page .. 3 4 5 6 7 [8] 9 10 »