A Travellerspoint blog

Dolina Langtang

Trek w kolorach jesieni rok po trzęsieniu

sunny 0 °C

Na trek w dolinie Langtang dojechaliśmy lokalnym autobusem z Katmandu do Syabru Besi. Towarzyszył nam nasz przewodnik Jedu. Oprócz pasażerów autobusem jechały "przesyłki konduktorskie": w korytarzu leżały paczki a między nimi turlała się pokaźnej wielkości butla gazowa. Po pewnym czasie obawę przed wybuchem zastąpił strach, że na jednym z zakrętów kierowca wypadnie nam przez drzwi, bo zaczęły się same otwierać. Ponawiane próby zatrzaśnięcia spełzły na niczym. W końcu kilka grubych kawałków taśmy klejącej dało radę.


Pierwsze cztery godziny jechaliśmy asfaltową drogą po w miarę płaskim terenie. Drogę umilały teledyski w stylu Bollywood, w których kipiało od emocji. Na lunch autobus zatrzymał się w Trisuli: jadłodajnia wyglądała dość obskurnie (ciemna brudna nora z toaletami na końcu), dal bhat był antybakteryjnie pikantny, ale Dawid nie dał się przekonać. Następne dwie godziny ostro podjeżdżaliśmy pod górę, a ostatnie dwie telepaliśmy się po wertepach. Momentami droga wiodła wyrąbaną półką skalną, a jakieś 1200 metrów niżej w dolinie wiła się wstęga rzeki. Po drodze zapoznaliśmy się z bardzo miłą Kanadyjką Ilse, wieloletnią podróżniczką, która w Syabru Besi podzieliła się z nami nie tylko swoimi przemyśleniami, ale też pastylkami do oczyszczania wody: w przeciwieństwie do szlaku pod Annapurną okazały się przydatne.
PB046541.jpg

Dzień pierwszy: pierwsze trudy

Dolina Langtang była jednym z regionów najbardziej dotkniętych trzęsieniem ziemi w 2015 roku. Według Jedu w samej dolinie zginęło prawie 300 osób. Ze względu na osuwiska główny szlak był zamknięty przez półtora roku. Trafiliśmy akurat na jego otwarcie. Dolina okazała się dużo bardziej sucha niż góry, w których byliśmy pod Annapurną. U wylotu doliny, zbocza porastał suchy i rzadki las iglasty. Z czasem weszliśmy w bardziej wilgotny las rododendronowy a dominowały w nim kolory wczesnej jesieni. Na całej trasie dolina była wąska, raz szliśmy na wysokości strumienia, to wyżej, a do południa w cieniu stromego południowego stoku. Trek zaczęliśmy na wysokości 1500 metrów n.p.m. a docelowa miejscowość Lama Hotel mieściła się na 2400 metrów. Popołudnie w Lama Hotel udało się nam dogrzać w promieniach słońca na wielkich kamieniach porozrzucanych wzdłuż strumienia. We Friendly Guesthouse mieszkała z nami hałaśliwa wycieczka licealistów z Patan.
PB056548.jpgPB056559.jpgPB056586.jpg

Dzień drugi: otwarcie doliny

Drugiego dnia przez pierwsze dwie godziny szliśmy przez las, cały czas w cieniu góry. Po drodze odnaleźliśmy się z Ilse. Na wysokości 2700 metrów widzieliśmy pierwszy raz poranny szron. Od wysokości 3000 metrów dolina się rozwarła a las zastąpiły suche krzaki w kolorze "złotej nepalskiej jesieni". Na lunch zatrzymaliśmy się w Thyangsyap a dalej drogą wiodła coraz pustszą doliną. Od około 3000 metrów ze względu na rzadsze powietrze musiałem zwolnić tempa, podczas gdy Dawid śmigał jak kozica. Popołudniu dotarliśmy do miejscowości Langtang (3400 metrów) praktycznie zmiecionej z powierzchni ziemi przez ubiegłoroczne trzęsienie. Wiele z hosteli zostało już odbudowanych a właściciele wyczekiwali turystów. Zatrzymaliśmy się we Flavour Guesthouse. Część sypialna, znajdowała się w niezależnym budynku. Do dwuizbowego budynku jadalnego wchodziło się przez kuchnię a w samej jadalni w środku stał metalowy piec, przy którym po zmroku grzali się porterzy, przewodnicy i turyści. W kuchni rzędem siedziała cała wielopokoleniowa rodzina, może też sąsiedzi? Przeciętna rodzina w Langtang podobno straciła w trzęsieniu ziemi dwóch bliskich, właściciel hotelu stracił siostrę.
90_PB066609.jpg90_PB066620.jpg

Dzień trzeci: apogeum

Trzeciego dnia szliśmy z Langtang (3400 m n.p.m.) do Kyanjin Gompa (3800) szeroką, prawie pustynną doliną. Dawid znów wszystkich wyprzedzał a ja się ślamazarzyłem.
90_PB076634.jpgPB076635.jpg
W K.G. wykorzystaliśmy słoneczne popołudnie i weszliśmy na pierwszy ze szczytów Kyanjin Ri (4300). Ze szczytu obserwowaliśmy rozległą dolinę, w której leżała wieś, a od północy schodzący z ośnieżonych szczytów lodowiec. Mieliśmy szczęście: jak tylko zaczęliśmy wracać zebrały się chmury i zakryły całkowicie widok. Miejscowi wspominali o zdarzających się w listopadzie opadach śniegu.
PB076667.jpgPB076670.jpg
W K.G. zostaliśmy jedną noc: wygonił nas chłód. W nocy temperatura spadła do -5 czy -10 stopni, nawet w dzień kałuże były pozamarzane. Ponieważ budynki w Nepalu mają bardzo kiepską izolację i nie są ogrzewane (chyba, że sypialnia jest nad jadalnią gdzie wieczorem grzeje piec), ciepły śpiwór to podstawa. Dzięki słonecznej pogodzie mogliśmy brać prysznic (większość hosteli ma zainstalowane baterie słoneczne nagrzewające w dzień wodę), ale wycierać się trzeba było na wyścigi, nie wspominając o wyzwaniu korzystania z toalety w nocy.
large_PB076663.jpg

Dzień czwarty: czyli tygrys

Czwartego dnia treku wróciliśmy z powrotem z K.G. przez Langtang do Lama Hotel, mijając krajobraz od pustynnego przez krzaczaste zarośla i znów las rodendronowy. Po drodze spotkaliśmy korespondenta PAP w Katmandu przygotowującego krótki reportaż o powrocie doliny Langtang do życia po ubiegłorocznym trzęsieniu. Już w lesie Dawid zauważył biegnącego jak strzała rysia, a że byłem kilka kroków z tyłu, zrelacjonował mi pod wrażeniem "Tygrys, tygrys!". W tym samym momencie udało mi się zobaczyć coś na kształt dużej kuny, prawdopodobnie kunę żółtogardłą.
PB086682.jpgPB086699.jpgPB086700.jpgPB086693.jpg

Dzień piąty: powrót do cywilizacji

Piątego dnia treku zeszliśmy z powrotem z Lama Hotel do Syabru Besi. Wytężaliśmy wzrok wypatrując himalajskiej fauny, ale poza małą wiewiórką nie udało się nam nic dostrzec. Tak jak w poprzednie dni, po drodze mijaliśmy ludzi niosących na plecach wielkie pakunki, n.p. ogromne materace. Wielu z nich wchodziło pod górę w zwykłych klapkach, a największe wrażenie wywarł mężczyzna wnoszący na plecach dwie związane ze sobą metalowe taczki. Do wąskiej dolnej części doliny słońce prawie nie zagląda, więc ucieszył nas widok skąpanego w słońcu Syabru Besi.
90_PB086734.jpg
Następnego dnia wróciliśmy do Katmandu autobusem. Na obiad zatrzymaliśmy się na ten sam dal bhat w Trisuli, znów leciały teledyski Bollywood (tym razem było mniej łez a więcej tańca) a na deser wyświetlono nam bollywoodzki hit 2016 roku, czyli film "Sułtan".

Ostatnie dni w Nepalu spędziliśmy w Katmandu. Oprócz zrobienia prania po treku i wizyty u fryzjera (New Raju barber shop, gdzie poza obcięciem włosów usługa w pakiecie obejmowała oklepywanie i masaż głowy i pleców) nie mieliśmy obowiązków. Przez trzy dni naszym głównym zajęciem było powolne sączenie herbaty czy kawy na nasłonecznionych tarasach. Przed wyjazdem zmieniliśmy też hotel. Nasze spokojne ostatnie piętro Trekkers Home pewnego poranka o czwartej przejęła fizycznie (i przede wszystkim dźwiękowo) wielopokoleniowa rodzina hinduska. W konkurencji na robienie hałasu i głośne trzaskanie drzwiami nie mieliśmy najmniejszych szans na zwycięstwo. Stwierdziliśmy, że nie będziemy piątym kołem u wozu, kiedy mijaliśmy otwarte pokoje hotelowe, a w nich śpiących mimo rwetesu ludzi. Ostatnie trzy noce spaliśmy w nowo otwartym hotelu Gallery, gdzie sympatyczni pracownicy na wyścigi witali gości ciepłym nepalskim "Namaste".

Posted by Jakub W 20:09 Archived in Nepal Comments (0)

Katmandu i Patan

Historia Nepalu w pigułce

sunny 20 °C

Współczesny Nepal istnieje dopiero od 1769 roku. Wśród wielu księstw i królestw, które na przestrzeni wieków przewinęły się przez terytorium Nepalu, największe znaczenie miały zazwyczaj te położone w niewielkiej ale żyznej dolinie Katmandu: budowały dodatkowo swą siłę na dochodach ze szlaku handlowego między subkontynentem indyjskim a Chinami. Rozwinięta kultura istniała na terytorium Nepalu już w starożytności. W VI wieku p.n.e. urodził się tu i żył Siddhartha Gautama, znany jako Budda. Około 250 roku p.n.e. buddyzm stał się filozofią państwową, a w późniejszych wiekach rozprzestrzeniał się na terytorium Tybetu i dalej. Z czasem został zastąpiony przez hinduizm, który jednak wchłonął wiele elementów lokalnego buddyzmu, a do dziś buddyści i hinduiści często korzystają z tych samych świątyń.
90_PA286486.jpgPA286487.jpg
Między XIII a XVI wiekiem w dolinie Katmandu nastąpiło ożywienie kulturalne pod rządami dynastii Malla. Z czasem dolina zostala podzielona na trzy królestwa: Katmandu, Patan i Bhaktapur. Władca każdego z nich chciał się pochwalić piękniejszą rezydencją i dzięki tej konkurencji do dziś możemy podziwiać trzy pobliskie kompleksy pałacowe. Nepal zjednoczyli w XVIII wieku władcy leżącej poza doliną Katmandu Gorkhi. W XIX wieku kraj nie został podporządkowany żadnej z potęg kolonialnych, a walecznych nepalskich żołnierzy docenili Brytyjczycy przyjmując w szeregi swej armii tysiące tutejszych rekrutów, szczególnie podczas I i II wojny światowej. Po II wojnie światowej kraj był przez większą część czasu monarchią bez funkcjonującego parlamentu mimo prób wprowadzenia rządów parlamentarnych. Z krótkimi przerwami, parlament działał od początku lat 90-tych XX wieku. Wprowadzenie demokratycznych wyborów nie zapobiegło jednak wybuchowi wojny domowej w latach 1996-2006.

Nepal jest społeczeństwem kastowym, gdzie każda kasta ma przypisane role i obowiązki. Dla przykładu członkowie niższych kast wykonują zawody rzemieślnicze czy są muzykantami, a nie mogą posiadać własnej ziemi. Często zdarzają się sytuacje niewolnictwa finansowego, gdzie po udzieleniu przez członka wyższej kasty kredytu odsetki są na tyle wysokie, że wpędzają kredytobiorcę w spiralę niemożliwego do spłaty zadłużenia. Na terenach wiejskich niesprawiedliwości systemu kastowego są potęgowane przez skrajną biedę. Według wielu zestawień Nepal jest jednym z dwudziestu najbiedniejszych państw świata i najbiedniejszym w Azji po Afganistanie.
90_PA276452.jpg
Na tym tle w latach 90-tych XX wieku do głosu doszła partyzantka maoistyczna (mimo nazwy bardziej podobna do peruwiańskiego Świetlistego Szlaku). Jej żądania zostały zlekceważone przez elity w Katmandu, więc weszła na drogę walki zbrojnej. Konflikt kosztował życie około 13.000 Nepalczyków. Po jego zakończeniu, partia maoistyczna stała się znaczącą siłą parlamentarną, odsuniętą z czasem przez wyborców od władzy. Z ciekawostek, w 2001 roku doszło do masakry rodziny królewskiej dokonanej rękoma królewskiego syna a w 2008 roku monarchia została zniesiona przez parlament. Trzęsienie ziemi w kwietniu i maju 2015 roku było ostatnim z kluczowych wydarzeń najnowszej historii Nepalu.

Katmandu

W czwartek wybraliśmy się na spacer ulicami Katmandu: z turystycznej dzielnicy Thamel w stronę kompleksu pałacowego przy placu Durbar. Katmandu wywołuje uczucie fascynacji, przypomina trochę żyjące muzeum na świeżym powietrzu: wąskie i ciasne ulice z licznymi sklepami, unoszące się zapachy kadzideł, schowane za pierzejami budynków placyki i podwórka wypełnione stupami czy małymi świątynkami, złocone świątynie upchnięte między budynki mieszkalne, przed jedną ze świątyń widzieliśmy też krowę. W centrum do tej pory niektóre ulice zachowały swój cechowy charakter: na przykład ulica gabinetów dentystycznych w pobliżu świątynki poświęconej bóstwu od bólu zębów. Do tego warsztaty stolarskie, rzeźników (z kawałami mięsa leżącymi na stołach) czy inne pracownie rzemieślnicze otwarte na ulicę. Gdyby nie wszędobylski plastik i motocykle, centrum Katmandu mogłoby odpowiadać romantycznemu wyobrażeniu o rzeczywistości średniowiecznej.
90_PA276412.jpg
Sam pałac przy placu Durbar trochę nas rozczarował, przede wszystkim ze względu na rozmiar strat spowodowanych przez ostatnie trzęsienie ziemi. Po dłuższym czasie spacerowania, uczucie fascynacji ustąpiło miejsca zmęczeniu i irytacji. Tylko część ulic w Katmandu jest wyłożona asfaltem czy kamieniem. Po wertepach przetacza się rzeka przechodniów, motocykli, rowerów i samochodów wzniecając tumany kurzu. Ciągłe klaksony przestrzegające "uwaga nadjeżdżam" wymuszają na niewprawionym turyście oglądanie się za siebie. Hotel po powrocie ze spaceru wydawał się oazą spokoju.
90_PA276386.jpgPA276438.jpg90_PA276441.jpgPA276444.jpg
Późnym popołudniem wzięliśmy taksówkę pod buddyjską stupę Swayambhunath. Ostatni odcinek trzeba pokonać pieszo wchodząc po dość stromych schodach. Zbudowana na wzgórzu, z umalowanymi na jej szczycie oczami Buddy, stupa jest w posiadaniu mnichów, makaków i tłumu turystów. Makaki potrafią być agresywne i rzucić się na turystę z jedzeniem. Co chwila wybuchają między nimi jakieś awantury i stadnie przemieszczają się to w jedną to w drugą stronę, skacząc po pomnikach czy drzewach. Schodząc ze wzgórza z powrotem do miasta zatrzymaliśmy się obserwować zabawę młodych makaków: skakały na zwieszoną z konara linę, chwytając się jej łapkami i zębami. Do zabawy była trójka, więc co chwilę jakiś spadał na ziemię.
PA276458.jpgPA276457.jpg90_PA276462.jpg

Patan

Kolejnego dnia pojechaliśmy taksówką do podstołecznego Patan, które w rzeczywistości jest obecnie jedną z dzielnic Katmandu. Plac i pałac królewskie w Patan sprawiają wrażenie lepiej utrzymanych i mniej dotkniętych trzęsieniem ziemi niż te w Katmandu. W dodatku uliczki w centrum są wyłożone kamieniem czy brukowane, więc w powietrzu unosi się mniej pyłu. Dodatkowym atutem jest muzeum w pałacu królewskim, które w przystępny sposób tłumaczy zawiłości sztuki i architektury buddyjskiej i hinduskiej. Przy okazji trafiliśmy na festiwal sztuki fotograficznej i podczas spaceru po mieście mogliśmy obejrzeć wystawy poświęcone niesprawiedliwościom, z jakimi spotykają się członkowie niższych kast społecznych w Nepalu, kobietom w Nepalu i Arabii Saudyjskiej.
90_PA286466.jpgPA286513.jpgPA286520.jpg
Patan, w jeszcze większym stopniu niż Katmandu, sprawiało wrażenie tajemniczego labiryntu uliczek, podwórek-studni i niewidocznych od strony ulicy placów ze świątyniami ukrytymi w głębi zabudowań. Wchodząc na obdrapane podwórko-studnię przez ciemny wąski korytarz można natknąć się na ołtarzyk, na następnym podwórku kolejny i dalej przez świątynię można dojść na rozległy plac ze stupą. Trzeba tylko wiedzieć, w który korytarz wejść, a pomóc w tym mogą życzliwe wskazania spędzających czas w oknie starszych pań czy panów. Po kilku godzinach zwiedzania pałacu i miasta wzięliśmy taksówkę z powrotem do Katmandu. Trafiliśmy na godziny szczytu, więc mogliśmy doświadczyć udręki nepalskich kierowców motocykli, rowerów i samochodów stojących w korku w oparach spalin.
PA286523.jpg
Kiedy myśleliśmy, że wkrótce zaczniemy następny trek, dopadła mnie nepalska grypa a Dawid spotkał w mieście swojego sobowtóra.

Posted by Jakub W 17:59 Archived in Nepal Comments (0)

Nad jeziorem Begnas

Wypoczynek z widokiem na szczyty

semi-overcast 23 °C

Po trudach górskiej wspinaczki wybraliśmy się wypocząć nad jezioro Begnas znajdujące się niecałą godzinę od Pokhary. Nasz pensjonat Dinesh House, prowadzony przez Dinesha i jego rodzinę, mieścił się na zalesionym wzgórzu kilkaset metrów od asfaltu. Idąc do pensjonatu ścieżką minęliśmy niewielką świątynię, przy której rozbrzmiewał dźwięk jakby alarmu w wysokim tonie. Okazało się, że to rodzaj cykady, której dźwięk towarzyszył nam przez następne trzy dni. Z uroczego ogródka Dinesha było widać w dole dwa jeziora. Na horyzoncie za większym z nich co jakiś czas pojawiały się otoczone chmurami ośnieżone szczyty Himalajów. W pensjonacie mieszkała z nami para młodych Izraelczyków Maajam i Ejal, z którymi spotykaliśmy się przy kolacji przygotowanej przez mamę Dinesha, czyli tradycyjnym dal bhacie.


PA246299.jpgPA246282.jpgPA246292.jpg
Z pensjonatu można było w 25 minut zejść nad jezioro: wpierw stromą ścieżką, później asfaltem przez wieś i las i dalej drogą gruntową. Nad jeziorem znajdowało się kilka przyhostelowych barów, popularnych wśród młodych izraelskich turystów. Pierwszego popołudnia stołowaliśmy się w barze Alex, gdzie Dawid znalazł w swojej potrawie srebrną jakby perełkę. Kolejne dni jedliśmy izraelskie (szakszukę, grilowaną rybę faszerowaną warzywami, odmianę falafela) specjały czy pizzę w barze Ambrosia. W drodze nad jezioro wystraszył mnie sporej wielkości wąż syczący w przydrożnych krzakach.
large_PA236276.jpgPA236272.jpgPA246294.jpgPA256336.jpg
Ostatniego popołudnia wybraliśmy się na łódkę na jezioro Begnas: podpłynęliśmy pod las, w którym po drzewach skakały makaki. Po łódce i kolacji nad jeziorem wracaliśmy w ciemności pod górę do pensjonatu: odgłosy lasu wydawały się Oli na tyle sugestywne, że nie mogliśmy za nią nadążyć choć szła w japonkach. Nazajutrz wstaliśmy przed szóstą, żeby zdążyć do Pokhary na poranny autobus do Kathmandu. Zaskoczyło nas bezchmurne niebo i piękna panorama ośnieżonych szczytów: w końcu ostatniego dnia!
90_PA266363.jpg

Posted by Jakub W 19:35 Archived in Nepal Comments (2)

Panorama Annapurny

Trek u podnóża Himalajów

semi-overcast 15 °C

Podróż autobusem z Saurahy do Pokhary zajęła dobre sześć godzin, została opóźniona przez osuwisko wymuszające na pewnym odcinku ruch wahadłowy. Nasze podróżnicze doświadczenie objawiło się w momencie kiedy autobus zatrzymał się na lunch w restauracji pułapce na turystów. Wystarczyło przejść przez ulicę aby zjeść w przydrożnej budzie makaron i cieciorkę po miejscowej cenie.

Po przyjeździe do Pokhary ulokowaliśmy się w hotelu Nirvana, w turystycznej dzielnicy położonej nad jeziorem Fewa. Hotel okazał się schludny a jego pracownicy bardzo pomocni. Okna naszych pokoi wychodziły na sąsiedni hostel, gdzie wieczorem awanturowali się turyści chińscy. Pokhara to baza wypadowa turystów wybierających się na górskie szlaki w okolice Annapurny. Jest turystyczna, jej zaletą jest możliwość zjedzenia po europejsku (my wybraliśmy się na pizzę).

Nazajutrz umówiliśmy się w hotelowej agencji turystycznej na sześciodniowy trek na wzgórze Poon Hill (tzw. panorama Annapurny). Dla wprawy tego samego dnia weszliśmy na położoną po drugiej stronie jeziora Fewa górę, na której zbudowano buddyjską pagodę. Przy dobrej pogodzie z pagody widać ośnieżone szczyty odbijające się w jeziorze. My zobaczyliśmy tylko chmury i Pokharę za mgłą. Przy podejściu spotkaliśmy Włocha, który do Nepalu dojechał motorem przez Turcję, Iran, Pakistan i Indie. Spod pagody zeszliśmy w stronę jeziora i łódką wróciliśmy do miasta.
PA165714.jpgPA165725.jpg
W mieście Ola z Hansem mieli przygodę z bankomatem: zaksięgował wypłatę nie wydając pieniędzy co przy okazji skończyło się blokadą karty.

Dzień pierwszy: niekończące się schody

Nasz trek zaczęliśmy w poniedziałek w miejscowości Naya Pul, gdzie dowiózł nas busik z hotelu w Pokharze. Naszym przewodnikiem i tragarzem okazał się bardzo sympatyczny 17-letni Sunil. Ola i Dawid po cichutku zazdrościli schodzącym z gór turystom, że mają już wyprawę za sobą. Trasa początkowo wiodła piaszczystą drogą przez podgórskie wsie w szerokiej dolinie. Dopiero za miejscowością Tikhedhungga pokazała prawdziwe oblicze: po stromych schodach musieliśmy pokonać 500 metrów przewyższenia (3300 stopni według Sunila) aby dotrzeć do pierwszego noclegu w miejscowości Ulleri: mordercze podejście na wysokość 2000 m n.p.m. Wieczorem zagraliśmy w karty w remi-brydża razem z nepalskimi przewodnikami.
PA175754.jpgPA175749.jpg90_PA175781.jpg

Dzień drugi: przez rodendronowy las

Rano drugiego dnia obudziliśmy się z widokiem na jeden ze szczytów Annapurny. Po śniadaniu ruszyliśmy w trasę, która wiodła przez gęsty rodendronowy las. Niższe partie Himalajów zaskoczyły nas swoją bujną roślinnością: pniami drzew porośniętymi mchem i paprociami czy wielkolistnymi krzakami. Himalaje leżą dość blisko równika (na szerokości geograficznej Florydy) i otrzymują dużą dawkę opadów, więc warstwa lasu na ich południowych stokach często dochodzi do wysokości 3500 a nawet 4000 m n.p.m. Po czterech godzinach marszu dotarliśmy do położonej na przełęczy miejscowości Ghorepani (ok. 2900 m n.p.m.). Okazało się, że nasze pokoje znajdowały się w zimnej przybudówce, bo główny budynek schroniska był zajęty przez koreańską wycieczkę.
PA185826.jpgPA185827.jpgPA185833.jpg

Dzień trzeci: droga krzyżowa

Trzeciego dnia zerwaliśmy się po czwartej rano, żeby oglądać o wschodzie słońca górską panoramę ze wzniesienia Poon Hill (3200 m n.p.m.). W tłumie turystów wspięliśmy się po schodach, a ku naszemu rozczarowaniu niebo okazało się zachmurzone. Warto było jednak poczekać w chłodzie godzinę,  bo zza chmur zaczęły przezierać ośnieżone szczyty. Widok okazał się jeszcze piękniejszy kiedy schodziliśmy z powrotem do Ghorepani.
large_90_PA195938.jpg90_PA195917.jpg

Po śniadaniu ruszyliśmy z plecakami w trasę. Początkowo prowadziła pod górę na odsłonięte wzgórze, z którego roztaczała się piękna panorama. Z czasem zaczęły zbierać się coraz niższe chmury i w miarę jak schodziliśmy w wąską dolinę, szliśmy przez mgłę a potem w deszczu. Po drodze to otwierały się widoki na doliny, to mijaliśmy gęste lasy. Z upływającymi godzinami byliśmy coraz bardziej zmęczeni. Do naszej docelowej miejscowości Ghandruk dotarliśmy o zmroku: tutaj przebieg trasy.
PA195956.jpgPA195983.jpg

Dzień czwarty: trudy dnia urodzin

Poranek w Ghandruku miło nas zaskoczył: nad miasteczkiem roztaczała się zamykająca widok od północy panorama górskich szczytów Annapurny i Machhapuchhre. Ola z Hansem ruszyli robić zdjęcia. Po śniadaniu w hotelu Trekkers Inn świętowaliśmy urodziny Dawida tortem zakupionym w jednej z okolicznych "niemieckich piekarni". Do degustacji dołączył też przewodnik pary niemieckich turystów.
90_PA206041.jpgPA206033.jpg

W trasę wyruszyliśmy przez miasteczko zahaczając o muzeum lokalnej kultury (Gurung). Przy robieniu zdjęcia nie zauważyłem, że chodnik prowadzi kilka metrów nad polem uprawnym, więc spadłbym w dół, gdyby nie pomocna dłoń Hansa. Gurung to jeden z góralskich ludów zamieszkujących niższe partie Himalajów w Nepalu, różniących się zarówno od mieszkańców graniczących z Indiami nizin, jak i pasterzy z wyższych części gór (bliżej spokrewnionych z Tybetańczykami czy Chińczykami). Dalej trasa wiodła zboczem góry wpierw pięknymi tarasami, uprawianymi przez chłopów, zawieszonymi jakieś 200 metrów nad doliną, w której huczał strumień Modi Khola, a potem między skałami a przepaścią. Później stopniowo schodziła w dół, gdzie przekroczyliśmy zawieszony nad rzeką most, a końcówka to wymęczające strome podejście do wsi Jhinudanda, gdzie znajdował się nasz hostel. Po drodze minęliśmy parę młodych niemieckich turystów, którzy wyglądali jakby pokutowali za wszystkie życiowe grzechy. Trasa tutaj.
PA206070.jpgPA206121.jpgPA206090.jpg
Wieczorem, kiedy Dawid oddał się urodzinowemu masażowi stóp, a my zeszliśmy do położonych w dolinie basenów z ciepłą wodą termalną. W tle strome zbocza porośnięte gęstą roślinnością i huk górskiego strumienia.

Dzień piąty (la journée de trois claques)

Trasa piątego dnia wiodła głównie wzdłuż strumienia i wydawała się nam łatwa. Po drodze mijaliśmy wodospady i podwieszane mosty. Na lunch zatrzymaliśmy się w miejscowości Landruk. Nasze dobre samopoczucie podważyło wpierw spotkanie izraelskiej rodziny z pięciorgiem dzieci skaczących po górach jak kozice, następnie grupy siedemdziesięcioletnich turystów francuskich wracających z położonej na wysokości ponad 5000 m n.p.m. przełęczy, a ostatecznie para czeskich himalaistów wracających z 6500-metrowego szczytu z plecakami wyładowanymi profesjonalnym sprzętem ważącym chyba z tonę.
PA216172.jpgPA216218.jpg

Dzień szósty: burza w szklance wody czyli zejście do Pokhary

Ostatniego dnia treku szliśmy bardziej zagospodarowanymi terenami: zbocza gór pokryte były polami i zabudowaniami, tylko część wiodła przez las. Trasa wydawała się nam wręcz nudna, dopiero końcówka nas miło zaskoczyła kiedy z wysokości kilkuset metrów mogliśmy podziwiać dolinę rzeki wiodącą do Pokhary. Na szczęście było to zejście a nie podejście.
large_PA226256.jpgPA226235.jpgPA226247.jpg
Miasto po powrocie przywitało nas hałasem ruchu samochodowego i klaksonów. Po kilku dniach jedzenia zup makaronowych, makaronu z jajkiem czy narodowego dania dal bhat (ryż z soczewicą) na poprawę humoru wieczorem wybraliśmy się zjeść cheesburgera.

Posted by Jakub W 03:15 Archived in Nepal Comments (0)

Park narodowy Chitwan

Śladem tygrysa i nosorożca

semi-overcast 35 °C

W Katmandu, autobus turystyczny do parku narodowego Chitwan, który znaleźliśmy w długim szeregu autobusów, był już praktycznie zapełniony, więc razem z Olą usiedliśmy w kabinie kierowcy, niemal na przedniej szybie. Sam wyjazd z Katmandu zajął ponad godzinę: po drodze mijaliśmy dziesiątki osób czekających na transport, sprzedawców owoców prezentujących towar w wielkich koszach przytwierdzonych do rowerów. Wiele osób było świątecznie ubranych.


Po przejechaniu przełęczy autobus zaczął zjeżdżać w dół i później jechał wzdłuż położonej w dole rzeki. Dwa razy zatrzymywał się w przydrożnych barach. Kiedy po trzech godzinach wydawało się, że zbliżamy się do celu, asfalt się urwał i autobus podskakiwał po wertepach w tumanach kurzu. Za każdym razem kiedy asfalt pojawiał się znowu, znikał po kilkudziesięciu metrach. Mijane po drodze autobusy i ciężarówki pomalowane były w żywe kolory. Każda ciężarówka miała motto wymalowane na zderzaku, zazwyczaj "Road king" lub "Speed limit", rzadziej "Speed control". Po ponad sześciu godzinach dojechaliśmy do miejscowości Sauraha.
PA125513.jpgPA125540.jpg
Zatrzymaliśmy się w Evergreen Ecolodges, kabanach prowadzonych przez dwie sympatyczne Francuzki, Marinne i Chacha, które tymczasowo zastępowały francusko-nepalskie małżeństwo właścicieli. W czwartek wybraliśmy się do parku narodowego Chitwan z dwójką przewodników, Prakashem i jego asystentem. Trasa zaczęła się spływem w długiej łodzi rzeką Rapti. Po drodze mijaliśmy krokodyle wygrzewające się w słońcu na brzegach. Po wyjściu na brzeg jeden z przewodników ruszył w busz wypatrywać zwierząt, po chwili wrócił i poszliśmy za nim śledzić nosorożca. Trawa o tej porze roku dochodzi do wysokości kilku metrów, więc widzieliśmy głównie grzbiet zwierzęcia lub poruszający się busz. Próbowaliśmy obejść go z drugiej strony jednak zwierzę nam umknęło. Na szczęście pojawił się drugi osobnik, którego mogliśmy bezpiecznie oglądać ze wzniesienia. Po lunchu z widokiem na rzekę wybraliśmy się przez gęsty las, obserwując jelenie, małpy (makaki i langury pospolite, które próbowały nas przegonić sikając z wysokości). Minęliśmy też słonie w niewoli i wróciliśmy do Saurahy drogą wiodącą przez gęsty busz.
90_PA135575.jpgPA135562.jpgPA135627.jpg90_PA135605.jpgPA135609.jpg90_PA135596.jpg
Kolejnego dnia pożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy do otuliny parku narodowego zobaczyć ukryte w lesie jeziorka Kumal i Bis Hazari. Po drodze złapała nas ulewa, później na przeszkodzie stanęła nam rzeka,  którą przeszliśmy w bród. Ostatni odcinek drogi prowadził pełną kałuż i kolein drogą, na której w drodze powrotnej udało się wpaść w błoto Oli.
PA145671.jpg
W Chitwan zobaczyliśmy pierwszy raz pomysłowy sposób na zbudowanie z czterech pni bambusa wysoko zawieszonej huśtawki. Podobne huśtawki widzieliśmy później wiele razy.
90_PA145638.jpg

Posted by Jakub W 07:11 Archived in Nepal Comments (0)

(Entries 41 - 45 of 49) « Page .. 4 5 6 7 8 [9] 10 »